Tag Archives: błąd przeżywalności

Sukces w ujęciu Malcolma Gladwella

Kim jest Malcolm Gladwell, wie niemal każdy, kto interesuje się biznesem, psychologią lub ekonomią. Ten etatowy dziennikarz New York Timesa, jak wielu jego kolegów po piórze, zyskał międzynarodowy rozgłos jedna nie za sprawą artykułów, ale książek. W zasadzie każda z jego publikacji osiągnęła status bestsellera, począwszy od “Błysku” i “Punktu przełomowego”, przez “Poza schematem” i “Co powiedział pies”, a skończywszy na najnowszym tytule, “Dawid i Goliat”. W efekcie Gladwell wzbogacił się o kilkanaście milionów dolarów, a jeśli przedstawicielowi dużej korporacji przyjdzie do głowy zaprosić go na wygłoszenie prelekcji, będzie musiał liczyć się z wydatkiem minimum 80 tysięcy dolarów. Oszałamiający sukces.

Jednak czym tak naprawdę wyróżniają się jego książki spośród tysięcy innych? Co sprawia, że czytelnikom na całym świecie w zasadzie obojętna jest tematyka, którą Gladwell porusza w kolejnej publikacji. I tak ją wykupią w ponadmilionowym nakładzie z powodu nazwiska autora na okładce. Najprostszą odpowiedzią na tak zadane pytanie, choć z pewnością mocno zaskakującą, jest zjawisko zwane “gladwelizmem“.

Jak ironicznie zauważają niektórzy krytycy, to zupełnie nowy gatunek literacki. Tak  – literacki  – nie ma tu mowy o pomyłce. “Gladwelizm” polega, w największym skrócie, na subiektywnej interpretacji badań naukowych i zjawisk społecznych, co z kolei prowadzi do wyciągania zbyt dalekosiężnych wniosków, na dodatek na bazie zbyt małej próbki danych. Bez wątpienia, Gladwell okazał się w tym gatunku niezrównanym mistrzem.

Subiektywność interpretacji prac, na jakie się Gladwell powołuje, sprawia, że nieustannie musi on balansować między prawdą a półprawdą. Dla wielu czytelników jego książki to literatura popularnonaukowa, wyjaśniająca w uproszczonej, ale maksymalnie uczciwej formie, implikacje niektórych prac naukowych, głównie z dziedziny ekonomii, psychologii i socjologii. Dla innych jego twórczość to nic innego jak mistrzowskie opowiadanie historyjek i anegdot, wymieszanych z dobrze udokumentowanymi faktami.

Co ciekawe, Gladwella czytają nawet najwięksi jego krytycy i wrogowie. Z dwóch powodów. Po pierwsze, jego książki czyta się jednym tchem. Jest tam wszystko, co powinno znaleźć się w dobrej opowieści. Wyrazisty bohater, konflikt, próba jego rozwiązania, błądzenie i porażki, a na koniec, zaskakująca puenta. Po drugie, jeśli chcesz krytykować twórczość jakiegokolwiek pisarza, musisz najpierw zapoznać się z jego książkami. Niby proste, choć odnoszę wrażenie, że większość komentatorów jego publikacji jednak nie czytało, lub czytało bardzo pobieżnie.

Wśród wielu wątków, jakie porusza Gladwell, jest temat, który interesuje niemal każdego czytelnika. Mianowicie, jak odnieść sukces i jakie czynniki za nim stoją. Próbą odpowiedzi na te pytania jest, jakżeby inaczej, bestsellerowa książka “Poza schematem”, ze znamiennym podtytułem: “sekrety ludzi sukcesu”. Świetna lektura. Wiele zawartych w niej wniosków jest trafnych i zaskakujących. Ale nie wszystkie, i tu zaczyna się cała opowieść.

Najwięcej kontrowersji wywołało jedno zdanie, które zostało następnie podchwycone i spopularyzowane przez dziesiątki innych publicystów, pisarzy i samych czytelników. W pełnym brzmieniu brzmi ono następująco: “Badacze ustalili (nawet) magiczną liczbę godzin ćwiczeń konieczną do osiągnięcia prawdziwej biegłości w jakiejś dziedzinie: wynosi ona dziesięć tysięcy godzin.” [1] Dla laików to zabrzmi jak niezaprzeczalny fakt. Mamy tu naukowców, mamy tu uogólnienie na wszystkie dziedziny, i mamy konkretną receptę na sukces. A pikanterii dodaje fakt, że Gladwell użył sformułowania “magiczna liczba”, jak w ckliwej powieści dla młodzieży. Ale nie tylko laicy uwierzyli na słowo autorowi. Cała rzesza czytelników, nawet tych dobrze orientujących się w terminologii psychologicznej, bezrefleksyjnie przyjęła wersję autora za dobrze udokumentowaną i wiarygodną.

Prawda jest niestety bardziej skomplikowana, choć stosunkowo łatwo do niej dotrzeć, sięgając do źródeł, na jakie powołuje się pisarz. Zacznijmy od tego, że Gladwell opiera się w głównej mierze na badaniach Andersa Ericssona, który sformułował teorię “celowego ćwiczenia”. Zajmował się on analizowaniem sukcesów wśród mistrzów i ekspertów, i na bazie wyników swoich eksperymentów doszedł do wniosku, że najlepsi z najlepszych poświęcali na żmudne ćwiczenia i treningi średnio 10 000 godzin, zanim osiągnęli mistrzostwo w swoim fachu. Kluczowym słowem jest tu “średnio”, bo Ericsson nigdy nie twierdził, że 10 000 to niezbędne minimum dla każdego mistrza w dowolnej dziedzinie. W niedawno opublikowanym artykule Ericsson przyznał dosadnie, że w żadnej swojej pracy naukowej nie użył terminu “zasada 10 000 godzin”, a wyniki jego badań zostały opacznie zinterpretowane, z Gladwellem na czele. [2]

Publikacja “Poza schematem” sprawiła, że wnioski z nieznanych szerzej badań Ericssona zostały spopularyzowane w wersji zniekształconej, czyli takiej, na jakiej Gladwell mógł oprzeć swoją tezę. Stąd gladwellowska formuła, reguła, lub zasada 10 000 godzin. Jego zdaniem, 10 000 godzin ćwiczeń to minimum, które jest niezbędne do odniesienia sukcesu. Nieprzypadkowo znajdziemy w książce przykłady ludzi sukcesu, których biografie potwierdzają tę “regułę”. Zarówno Beatlesi, jak i Bill Gates, którym autor poświęca najwięcej miejsca, spędzili co najmniej 10 000 godzin ćwiczeń, zanim osiągnęli sukces. Zresztą o tym, jak bardzo “Poza schematem” odbiega od naukowych standardów, jest jedno, głęboko zapadające w pamięć zdanie. Na pytanie, jakie Gladwell zadaje sobie i czytelnikom: “Czy reguła dziesięciu tysięcy godzin to ogólny przepis na sukces?, proponuje następującą metodę: “Sprawdźmy tę hipotezę na dwóch przykładach” [3]. Na dwóch!

Co by się jednak stało, gdybyśmy wzięli pod uwagę fakty pominięte przez autora? A więc, po pierwsze, Gladwell nagiął wnioski Ericssona do własnej tezy, i zamiast średnio 10 000 godzin, nagle mamy minimum 10 000 godzin, co jest kolosalną różnicą. Po drugie, biorąc Beatlesów i Gatesa za przykłady potwierdzające prawdziwość tezy Gladwella, pominął on dziesiątki tysięcy programistów i zespołów muzycznych, które albo odniosły sukces, ćwicząc dużo mniej lub dużo więcej, lub które nie odniosły sukcesu, mimo żmudnych ćwiczeń idących w tysiące godzin. To typowy błąd przeżywalności, zwany też błędem selekcji danych lub efektem antropicznym. Polega na skupianiu się na tych danych, które są dostępne, z pominięciem tych, do których nie udało się dotrzeć, lub które zostały pominięte, świadomie lub przypadkowo.

Niezamierzonym skutkiem ukazania się tej książki okazało się więc spopularyzowanie jakże uproszczonej wizji sukcesu. A ileż osób uwierzyło w tę “magiczną zasadę”!

Drugim poważnym nadużyciem ze strony Gladwella jest wykreowanie wrażenia, że o sukcesie w dużej mierze decyduje … data urodzenia. Teoria zaprezentowana przez Gladwella nosi wszelkie znamiona wiarygodności. Przykład: zdaniem autora idealnym rocznikiem dla osób, które odniosły największy sukces w Dolinie Krzemowej, był zakres dat 1954-1955. Na bazie półstronicowej analizy autor dochodzi do wniosku, że osoby urodzone przed 1952 rokiem, gdy zaczynała się era komputerów, czyli w okolicach roku 1972, należały już do starego systemu (komputery mainframe) i nie chciały ryzykować utraty pracy w imię niepewnej przyszłości (rozwój komputerów osobistych). Z kolei osoby urodzone po 1958 roku, były zdaniem Gladwella zbyt młode na sukces, bo nie miały wystarczającego doświadczenia w programowaniu (bo nie miały gdzie ćwiczyć, w przeciwieństwie do Gatesa i jego kolegów z Seattle). Nie jest więc żadnym zaskoczeniem, że daty urodzenia najbardziej znanych postaci z Doliny Krzemowej pasują zaskakująco dobrze do wysuwanej przez autora tezy: Bill Gates urodził się w 1955 roku, Paul Allen w 1953 r., Steve Ballmer w 1956 r., Steve Jobs w 1955 r, a Eric Schmidt w 1955 r. [4] Gladwell trzyma się tej tezy także w innym rozdziale, opisując losy nowojorskich prawników żydowskiego pochodzenia, którzy zrobili spektakularne kariery w w latach 70-tych, gdy na znaczeniu i popularności zaczęły zyskiwać fuzje i wrogie przejęcia firm. Tu znowu jednym z głównym czynników odpowiadających za sukces była data narodzin, a dokładnie rok 1930, wyznaczający środek niżu demograficznego [5].

Niestety, z taką interpretacją faktów historycznych są dwa problemy. Po pierwsze, przy zastosowaniu odwrotnej metodologii, moglibyśmy dojść do podobnych wniosków. Wystarczyłoby wziąć pod lupę jakikolwiek rocznik, a następnie dopasować do niego konkretny trend społeczny czy kulturalny. Gwarantuję, że po przekopaniu się przez przepastne tomy roczników statystycznych i innych danych źródłowych, z pewnością natrafilibyśmy na zjawisko, które wyniosłoby na piedestał całe pokolenie, a być może tylko jeden konkretny rocznik. Tym sposobem mogłoby się okazać, że każdy rocznik ma swoich bohaterów i ludzi sukcesu, tylko w dziedzinach mniej spektakularnych niż programowanie czy zawód prawnika. Tej tezy nie jestem oczywiście w stanie teraz udowodnić, jednak takie ćwiczenie myślowe pokazuje, że wśród tysięcy zjawisk i danych zawsze możemy znaleźć to, czego szukamy. I odnoszę wrażenie, że Gladwell właśnie tak postąpił. Pokazał nam wyjątkowość pewnych roczników, mimo że każdy, po skrupulatnej analizie, odsłonił by nam swoich ludzi sukcesu.

Druga sprawa wymagająca komentarza to fakt, iż Gladwell, snując opowieści o rozmaitych sposobach na odniesienie sukcesu, nadmiernie eksponuje rolę czynników zewnętrznych. W zasadzie treść “Poza schematem” można by ująć w jednym zdaniu: żeby odnieść sukces, musisz mieć niesamowite szczęście. Nie dość, że trzeba urodzić się w odpowiednim czasie, i mieć jeszcze zapewnione sprzyjające warunki rozwoju, to na dodatek pewne cechy uwarunkowane są kulturowe, więc nie bez znaczenia jest też miejsce urodzenia. Ale na tym nie kończy się długa lista warunków, jest ich w książce znacznie więcej. Jednak wszystkie z nich mają ścisły związek z tzw. determinizmem społecznym. Gladwell eksponuje bowiem w swych opowieściach te czynniki sukcesu, na które nie mamy wielkiego wpływu. I chwała mu za to, bo akurat to w pewien sposób demitologizuje sukces w popularnym rozumieniu tego słowa. Co więcej, autor niejednokrotnie podkreśla, że sukces zależy od wielu czynników. Mimo to pomija wpływ genów, pomija indywidualne predyspozycje, pomija indywidualne skłonności do trzymania się wyznaczonego treningu, a wreszcie pomija przypadki, które spełniają wszelkie założenia jego tez, ale które zakończyły się porażką, a nie sukcesem.

To wszystko sprawia, że przedstawionym przez Gladwella historiom brak obiektywności. Najczęściej jest wyeksponowany tylko jeden czynnik,który przyczynił się do sukcesu, i który  – co może najbardziej irytować  – uznawany jest za czynnik kluczowy. Inne czynniki zostały pominięte, a jeśli nawet zostały uwzględnione, to autor poświęca im znacznie mniej miejsca, jakby bagatelizował ich rolę.

Ps. O Gladwellu i “zasadzie” 10 000 godzin pisałem już wcześniej, i zapewne jeszcze nie raz będę wracał do tego tematu [6].

[1] “Poza schematem”, Malcolm Gladwell, Znak, 2009, str. 49
[2] W artykule: “Training history, deliberate practise and elite sports performance: an analysis in response to Tucker and Collins review  – what makes champions?”, K Anders Ericsson, Br J Sports Med 2013 47: 533-535 originally published online October, 30, 2012
Ericsson używa takich słów:
“Given that this is my first opportunity to comment on ‘the 10 000 h rule’—a term that I do not use in my own papers— it is important to point out the differences and inconsistencies with our research findings and the popular internet view.”
[3] “Poza schematem”, Malcolm Gladwell, Znak, 2009, str. 57
[4] ibidem, str. 71
[5] ibidem, str. 149
[6] http://ekonomiaprzetrwania.pl/mit-10-000-godzin-malcolma-gladwella/

Unikajcie porad ludzi sukcesu, czyli błąd selekcji danych w praktyce

Dlaczego przedsiębiorca, który odniósł niebotyczny sukces, nie powinien uczyć innych, jak dokonać tego samego? Odpowiedź jest prosta. O ile jego wskazówki, co należy robić, mogą brzmieć wiarygodnie, to trudno się spodziewać, by wiedział on, czego nie powinno się robić i co stoi na przeszkodzie na drodze do sukcesu. Tę wiedzę posiadają zamiast tego wszyscy ci, którzy ponieśli w biznesie porażkę. I to oni są wiarygodnym źródłem błędów, jakie można popełnić, prowadząc własny biznes. Problem w tym, że historie sukcesu są powszechnie dostępne w formie artykułów, książek i szkoleń, a historie porażek, których jest zdecydowanie więcej, najczęściej są nieznane, zapominane lub pomijane. Tym samym historie sukcesu są nadmiernie reprezentowane w stosunku do historii porażek. Nassim Taleb w “Antykruchości” ilustruje to następującą refleksją: “Informacje mają pewną przykrą własność: ukrywają porażki. Wielu ludzi przyciągnął na rynki finansowe sukces sąsiada, który wzbogacił się na giełdzie i zbudował sobie ogromną willę po drugiej stronie ulicy. Jednakże porażki są zwykle ukrywane i nikt o nich nie słyszy, dlatego inwestorzy przeszacowują swoje szanse na sukces” [1].

Żeby zrozumieć w pełni zakres tytułowego błędu poznawczego, należy się najpierw przyjrzeć czynnikom odpowiedzialnym za sukces. Jest ich oczywiście zbyt wiele, by próbować je wszystkie zebrać w jednym artykule, ale na pewno można wyodrębnić cztery podstawowe przesłanki sukcesu [2]. Będą to:

- kontekst – sukces zależy od warunków rynkowych, od konkurencji, od odpowiedniego momentu wejścia na rynek, czyli od czynników, które nie zależą bezpośrednio od nas, przedsiębiorców, i co się z tym wiąże, literalne podążanie za radami ludzi sukcesu i staranie się powtórzenia ich sukcesu zawsze będzie się kończyć porażką, bo będziemy działać w innym kontekście, w odmiennych uwarunkowaniach rynkowych,
- unikalność: każdy biznes jest inny, dlatego nawet jeśli chcielibyśmy odtworzyć czyjś biznes krok po kroku, to nam się nie uda, bo – patrz kolejny punkt:
- mnogość czynników: wystarczy zmiana jednego parametru spośród tysięcy obecnych, by uzyskać inne rezultaty,
- zmienność: punkty oparcia ulegają ciągłej zmianie (przykłady: zmiany legislacyjne, zmiany w cyklach gospodarczych, zmiany polityczne) – w efekcie jeden przedsiębiorca wykorzysta szansę rynkową, a stu innych, którzy będą chcieli pójść w jego ślady, i którzy będą działać na ciut innych zasadach, już takiego sukcesu nie odniesie.

Ktoś, kto odniósł sukces, zazwyczaj o źródłach swojego sukcesie będzie wiedzieć niewiele. To zaskakujące, ale tak jest, i to z prostego powodu. Opowieść biznesmena o jego sukcesie będzie bowiem koncentrowała się na kamieniach milowych, które pchnęły jego biznes na nowe tory. Jednak taka opowieść nie będzie uwzględniała czynników, zazwyczaj niewidocznych, które miały decydujące znaczenie dla jego biznesu, a były bądź całkowicie losowe, bądź pojawiły się w odpowiednim czasie i odpowiednim miejscu. Znamiennym przykładem jest choćby historia sukcesu Billa Gatesa: gdyby tylko jeden z czynników, które zadecydowały o jego sukcesie, był nieco inny, ktoś inny dzisiaj byłby na jego miejscu. Mam na myśli takie czynniki jak rodzice Gatesa i ich bliskie kontakty z szefostwem IBM; możliwość korzystania przez niego z komputerów, gdy te nie były jeszcze szeroko dostępne; czy fakt urodzenia i przebywania Gatesa w USA w okresie, gdy technologie komputerowe właśnie nabierały rozpędu. To się nazywa urodzić się, a potem rozwijać się i swoje pomysły, w odpowiednim miejscu i w odpowiednim czasie.

Jeszcze gorzej sprawa wygląda, gdy jako obserwator zewnętrzny wyciągamy wnioski jedynie z dostępnych danych, z pominięciem tych, które są niewidoczne, usunięte lub przeoczone. Poniżej kilka przykładów:

1/ Słynna historia z okresu II Wojny Światowej, gdy zespół naukowców otrzymał zadanie zwiększenia szans na dotarcie bombowców do bazy po przeprowadzonej akcji. Po przeanalizowaniu uszkodzeń obecnych na samolotach, które powróciły do bazy, zasugerowano, aby wzmocnić konstrukcję samolotów w miejscach, gdzie uszkodzeń, czyli otworów po pociskach, było najwięcej. Abraham Wald, specjalista od statystyki, był odmiennego zdania, i okazało się, że miał rację. Zauważył on, że do analizy wzięto jedynie samoloty, które do bazy wróciły, pomijając te, które zostały zestrzelone, co okazało się klasycznym przykładem błędu selekcji danych [3], nazywanym też błędem przeżywalności [4] (ang. survivorship bias [5]). Należało bowiem wzmocnić te fragmenty samolotów, na których było najmniej śladów po pociskach, a te z największą ilością takowych okazały się po prostu najbardziej odporne na ostrzał. Więcej na temat tu [6] i tu [7].

2/ Wydaje nam się, że stosunkowo łatwo napisać książkę, która odniesie sukces. Bo hasło “bestseller książkowy” kojarzy nam się z konkretnymi, popularnymi pisarzami. Nie wiemy jednak, ilu pisarzy, nawet bardzo dobrych, bez powodzenia próbowało ze swoimi manuskryptami dotrzeć do wielkich wydawców. Prawdopodobnie więcej niż 99 procent ogółu wszystkich pisarzy nigdy nie doczekało się druku swojej książki.

3/ Uważamy, że dwadzieścia, trzydzieści lat temu produkowane samochody były solidniejsze niż obecnie, mimo że wszelkie dane wskazują jednoznacznie, że dzisiejsze auta są bezpieczniejsze i mniej wadliwe. Skąd więc ten rozdźwięk? Bo koncentrujemy się na opowieściach o pojedynczych egzemplarzach długowiecznych Mercedesów czy Volkswagenów, które swój doskonały stan zawdzięczają albo a/pedantycznym właścicielom, przesadnie dbającym o ich stan, albo b/ kierowcom rzadko i mało eksploatującym swe auta, albo c/ wyjątkowo bezawaryjnym częściom (zgodnie z krzywą Gaussa, znikoma ilość samochodów schodząca z linii produkcyjnych będzie idealna i bezawaryjna przez długie lata), albo wszystkim trzem czynnikom naraz.

4/ W pracach analizujących indeksy giełdowe oraz strategie biznesowe zazwyczaj nie bierze się pod uwagę spółek, które zbankrutowały lub które nie spełniają predefiniowanych kryteriów, co mocno wypacza końcowy wynik. Jednym z najbardziej znanych przykładów błędu selekcji danych pojawił się w słynnej publikacji biznesowej, “Od dobrego do wielkiego” Jima Collinsa. Nie dość, że do analizy najlepiej zarządzanych spółek zostały wybrane firmy, które z przeciętnych firm stały się liderami w swoich branżach. Problem w tym, że spośród 1435 firm Collins wybrał do analizy tylko te, które spełniały jego warunki (przez długi okres niezmiennie dawały stopę zwrotu wyższą niż indeksy giełdowe), a na dodatek niedługo po publikacji książki dwie z jedenastu analizowanych przez niego spółek zbankrutowały (Fannie Mae i Circuit City) [8], a reszta radziła sobie gorzej niż indeksy giełdowe, co sprawiło, że wiarygodność książki (i metodologia doboru spółek do analizy) spadła do zera.

Jakie konsekwencje niesie ze sobą ten błąd poznawczy? Oprócz tych wspomnianych już wyżej, dodam jeszcze jedną, i chyba najważniejszą. Otóż błąd selekcji danych powoduje, że przeceniamy prawdopodobieństwo odniesienia sukcesu, a zarazem zaniżamy prawdopodobieństwo poniesienia porażki. Dlatego prawda jest taka, że większość historii sukcesu nie ma dla nas żadnej wartości, jeśli chodzi o naszą własną karierę czy firmę.

Zainteresowanych tematem polecam wykład Davida McRaneya, autora wydanej w Polsce książki, “Ruletka nawyków” [9]:

[1] Antykruchość, Nassim Taleb, Kurhaus Publishing, 2012, str. 415
[2] Cztery czynniki na podstawie: http://intenseminimalism.com/2013/dont-listen-to-successful-people/
[3] “Błąd selekcji danych” to propozycja spolszczenia angielskiego terminu “survivorship bias” w wykonaniu Trystero, inwestora i blogera finansowego – http://blogi.ifin24.pl/trystero/2010/12/18/survivorship-bias-na-przykladzie/
[4] “Błąd przeżywalności” to z kolei propozycja spolszczenia tego terminu przez Agnieszkę Dąbek-Malczyk, tłumaczkę książki “Sztuka jasnego myślenia” Ralfa Dobelli’ego (link do recenzji).
[5] http://en.wikipedia.org/wiki/Survivorship_bias
[6] http://youarenotsosmart.com/2013/05/23/survivorship-bias/
[7] http://en.wikipedia.org/wiki/Abraham_Wald
[8] Pierwszy zauważył tę rozbieżność Steven Levitt, współautor książki “Freakonomia” (link do recenzji):
http://freakonomics.com/2008/07/28/from-good-to-great-to-below-average/
[9] Ruletka nawyków, David McRaney, PWN, 2013