Sukces w ujęciu Malcolma Gladwella

Kim jest Malcolm Gladwell, wie niemal każdy, kto interesuje się biznesem, psychologią lub ekonomią. Ten etatowy dziennikarz New York Timesa, jak wielu jego kolegów po piórze, zyskał międzynarodowy rozgłos jedna nie za sprawą artykułów, ale książek. W zasadzie każda z jego publikacji osiągnęła status bestsellera, począwszy od “Błysku” i “Punktu przełomowego”, przez “Poza schematem” i “Co powiedział pies”, a skończywszy na najnowszym tytule, “Dawid i Goliat”. W efekcie Gladwell wzbogacił się o kilkanaście milionów dolarów, a jeśli przedstawicielowi dużej korporacji przyjdzie do głowy zaprosić go na wygłoszenie prelekcji, będzie musiał liczyć się z wydatkiem minimum 80 tysięcy dolarów. Oszałamiający sukces.

Jednak czym tak naprawdę wyróżniają się jego książki spośród tysięcy innych? Co sprawia, że czytelnikom na całym świecie w zasadzie obojętna jest tematyka, którą Gladwell porusza w kolejnej publikacji. I tak ją wykupią w ponadmilionowym nakładzie z powodu nazwiska autora na okładce. Najprostszą odpowiedzią na tak zadane pytanie, choć z pewnością mocno zaskakującą, jest zjawisko zwane “gladwelizmem“.

Jak ironicznie zauważają niektórzy krytycy, to zupełnie nowy gatunek literacki. Tak  – literacki  – nie ma tu mowy o pomyłce. “Gladwelizm” polega, w największym skrócie, na subiektywnej interpretacji badań naukowych i zjawisk społecznych, co z kolei prowadzi do wyciągania zbyt dalekosiężnych wniosków, na dodatek na bazie zbyt małej próbki danych. Bez wątpienia, Gladwell okazał się w tym gatunku niezrównanym mistrzem.

Subiektywność interpretacji prac, na jakie się Gladwell powołuje, sprawia, że nieustannie musi on balansować między prawdą a półprawdą. Dla wielu czytelników jego książki to literatura popularnonaukowa, wyjaśniająca w uproszczonej, ale maksymalnie uczciwej formie, implikacje niektórych prac naukowych, głównie z dziedziny ekonomii, psychologii i socjologii. Dla innych jego twórczość to nic innego jak mistrzowskie opowiadanie historyjek i anegdot, wymieszanych z dobrze udokumentowanymi faktami.

Co ciekawe, Gladwella czytają nawet najwięksi jego krytycy i wrogowie. Z dwóch powodów. Po pierwsze, jego książki czyta się jednym tchem. Jest tam wszystko, co powinno znaleźć się w dobrej opowieści. Wyrazisty bohater, konflikt, próba jego rozwiązania, błądzenie i porażki, a na koniec, zaskakująca puenta. Po drugie, jeśli chcesz krytykować twórczość jakiegokolwiek pisarza, musisz najpierw zapoznać się z jego książkami. Niby proste, choć odnoszę wrażenie, że większość komentatorów jego publikacji jednak nie czytało, lub czytało bardzo pobieżnie.

Wśród wielu wątków, jakie porusza Gladwell, jest temat, który interesuje niemal każdego czytelnika. Mianowicie, jak odnieść sukces i jakie czynniki za nim stoją. Próbą odpowiedzi na te pytania jest, jakżeby inaczej, bestsellerowa książka “Poza schematem”, ze znamiennym podtytułem: “sekrety ludzi sukcesu”. Świetna lektura. Wiele zawartych w niej wniosków jest trafnych i zaskakujących. Ale nie wszystkie, i tu zaczyna się cała opowieść.

Najwięcej kontrowersji wywołało jedno zdanie, które zostało następnie podchwycone i spopularyzowane przez dziesiątki innych publicystów, pisarzy i samych czytelników. W pełnym brzmieniu brzmi ono następująco: “Badacze ustalili (nawet) magiczną liczbę godzin ćwiczeń konieczną do osiągnięcia prawdziwej biegłości w jakiejś dziedzinie: wynosi ona dziesięć tysięcy godzin.” [1] Dla laików to zabrzmi jak niezaprzeczalny fakt. Mamy tu naukowców, mamy tu uogólnienie na wszystkie dziedziny, i mamy konkretną receptę na sukces. A pikanterii dodaje fakt, że Gladwell użył sformułowania “magiczna liczba”, jak w ckliwej powieści dla młodzieży. Ale nie tylko laicy uwierzyli na słowo autorowi. Cała rzesza czytelników, nawet tych dobrze orientujących się w terminologii psychologicznej, bezrefleksyjnie przyjęła wersję autora za dobrze udokumentowaną i wiarygodną.

Prawda jest niestety bardziej skomplikowana, choć stosunkowo łatwo do niej dotrzeć, sięgając do źródeł, na jakie powołuje się pisarz. Zacznijmy od tego, że Gladwell opiera się w głównej mierze na badaniach Andersa Ericssona, który sformułował teorię “celowego ćwiczenia”. Zajmował się on analizowaniem sukcesów wśród mistrzów i ekspertów, i na bazie wyników swoich eksperymentów doszedł do wniosku, że najlepsi z najlepszych poświęcali na żmudne ćwiczenia i treningi średnio 10 000 godzin, zanim osiągnęli mistrzostwo w swoim fachu. Kluczowym słowem jest tu “średnio”, bo Ericsson nigdy nie twierdził, że 10 000 to niezbędne minimum dla każdego mistrza w dowolnej dziedzinie. W niedawno opublikowanym artykule Ericsson przyznał dosadnie, że w żadnej swojej pracy naukowej nie użył terminu “zasada 10 000 godzin”, a wyniki jego badań zostały opacznie zinterpretowane, z Gladwellem na czele. [2]

Publikacja “Poza schematem” sprawiła, że wnioski z nieznanych szerzej badań Ericssona zostały spopularyzowane w wersji zniekształconej, czyli takiej, na jakiej Gladwell mógł oprzeć swoją tezę. Stąd gladwellowska formuła, reguła, lub zasada 10 000 godzin. Jego zdaniem, 10 000 godzin ćwiczeń to minimum, które jest niezbędne do odniesienia sukcesu. Nieprzypadkowo znajdziemy w książce przykłady ludzi sukcesu, których biografie potwierdzają tę “regułę”. Zarówno Beatlesi, jak i Bill Gates, którym autor poświęca najwięcej miejsca, spędzili co najmniej 10 000 godzin ćwiczeń, zanim osiągnęli sukces. Zresztą o tym, jak bardzo “Poza schematem” odbiega od naukowych standardów, jest jedno, głęboko zapadające w pamięć zdanie. Na pytanie, jakie Gladwell zadaje sobie i czytelnikom: “Czy reguła dziesięciu tysięcy godzin to ogólny przepis na sukces?, proponuje następującą metodę: “Sprawdźmy tę hipotezę na dwóch przykładach” [3]. Na dwóch!

Co by się jednak stało, gdybyśmy wzięli pod uwagę fakty pominięte przez autora? A więc, po pierwsze, Gladwell nagiął wnioski Ericssona do własnej tezy, i zamiast średnio 10 000 godzin, nagle mamy minimum 10 000 godzin, co jest kolosalną różnicą. Po drugie, biorąc Beatlesów i Gatesa za przykłady potwierdzające prawdziwość tezy Gladwella, pominął on dziesiątki tysięcy programistów i zespołów muzycznych, które albo odniosły sukces, ćwicząc dużo mniej lub dużo więcej, lub które nie odniosły sukcesu, mimo żmudnych ćwiczeń idących w tysiące godzin. To typowy błąd przeżywalności, zwany też błędem selekcji danych lub efektem antropicznym. Polega na skupianiu się na tych danych, które są dostępne, z pominięciem tych, do których nie udało się dotrzeć, lub które zostały pominięte, świadomie lub przypadkowo.

Niezamierzonym skutkiem ukazania się tej książki okazało się więc spopularyzowanie jakże uproszczonej wizji sukcesu. A ileż osób uwierzyło w tę “magiczną zasadę”!

Drugim poważnym nadużyciem ze strony Gladwella jest wykreowanie wrażenia, że o sukcesie w dużej mierze decyduje … data urodzenia. Teoria zaprezentowana przez Gladwella nosi wszelkie znamiona wiarygodności. Przykład: zdaniem autora idealnym rocznikiem dla osób, które odniosły największy sukces w Dolinie Krzemowej, był zakres dat 1954-1955. Na bazie półstronicowej analizy autor dochodzi do wniosku, że osoby urodzone przed 1952 rokiem, gdy zaczynała się era komputerów, czyli w okolicach roku 1972, należały już do starego systemu (komputery mainframe) i nie chciały ryzykować utraty pracy w imię niepewnej przyszłości (rozwój komputerów osobistych). Z kolei osoby urodzone po 1958 roku, były zdaniem Gladwella zbyt młode na sukces, bo nie miały wystarczającego doświadczenia w programowaniu (bo nie miały gdzie ćwiczyć, w przeciwieństwie do Gatesa i jego kolegów z Seattle). Nie jest więc żadnym zaskoczeniem, że daty urodzenia najbardziej znanych postaci z Doliny Krzemowej pasują zaskakująco dobrze do wysuwanej przez autora tezy: Bill Gates urodził się w 1955 roku, Paul Allen w 1953 r., Steve Ballmer w 1956 r., Steve Jobs w 1955 r, a Eric Schmidt w 1955 r. [4] Gladwell trzyma się tej tezy także w innym rozdziale, opisując losy nowojorskich prawników żydowskiego pochodzenia, którzy zrobili spektakularne kariery w w latach 70-tych, gdy na znaczeniu i popularności zaczęły zyskiwać fuzje i wrogie przejęcia firm. Tu znowu jednym z głównym czynników odpowiadających za sukces była data narodzin, a dokładnie rok 1930, wyznaczający środek niżu demograficznego [5].

Niestety, z taką interpretacją faktów historycznych są dwa problemy. Po pierwsze, przy zastosowaniu odwrotnej metodologii, moglibyśmy dojść do podobnych wniosków. Wystarczyłoby wziąć pod lupę jakikolwiek rocznik, a następnie dopasować do niego konkretny trend społeczny czy kulturalny. Gwarantuję, że po przekopaniu się przez przepastne tomy roczników statystycznych i innych danych źródłowych, z pewnością natrafilibyśmy na zjawisko, które wyniosłoby na piedestał całe pokolenie, a być może tylko jeden konkretny rocznik. Tym sposobem mogłoby się okazać, że każdy rocznik ma swoich bohaterów i ludzi sukcesu, tylko w dziedzinach mniej spektakularnych niż programowanie czy zawód prawnika. Tej tezy nie jestem oczywiście w stanie teraz udowodnić, jednak takie ćwiczenie myślowe pokazuje, że wśród tysięcy zjawisk i danych zawsze możemy znaleźć to, czego szukamy. I odnoszę wrażenie, że Gladwell właśnie tak postąpił. Pokazał nam wyjątkowość pewnych roczników, mimo że każdy, po skrupulatnej analizie, odsłonił by nam swoich ludzi sukcesu.

Druga sprawa wymagająca komentarza to fakt, iż Gladwell, snując opowieści o rozmaitych sposobach na odniesienie sukcesu, nadmiernie eksponuje rolę czynników zewnętrznych. W zasadzie treść “Poza schematem” można by ująć w jednym zdaniu: żeby odnieść sukces, musisz mieć niesamowite szczęście. Nie dość, że trzeba urodzić się w odpowiednim czasie, i mieć jeszcze zapewnione sprzyjające warunki rozwoju, to na dodatek pewne cechy uwarunkowane są kulturowe, więc nie bez znaczenia jest też miejsce urodzenia. Ale na tym nie kończy się długa lista warunków, jest ich w książce znacznie więcej. Jednak wszystkie z nich mają ścisły związek z tzw. determinizmem społecznym. Gladwell eksponuje bowiem w swych opowieściach te czynniki sukcesu, na które nie mamy wielkiego wpływu. I chwała mu za to, bo akurat to w pewien sposób demitologizuje sukces w popularnym rozumieniu tego słowa. Co więcej, autor niejednokrotnie podkreśla, że sukces zależy od wielu czynników. Mimo to pomija wpływ genów, pomija indywidualne predyspozycje, pomija indywidualne skłonności do trzymania się wyznaczonego treningu, a wreszcie pomija przypadki, które spełniają wszelkie założenia jego tez, ale które zakończyły się porażką, a nie sukcesem.

To wszystko sprawia, że przedstawionym przez Gladwella historiom brak obiektywności. Najczęściej jest wyeksponowany tylko jeden czynnik,który przyczynił się do sukcesu, i który  – co może najbardziej irytować  – uznawany jest za czynnik kluczowy. Inne czynniki zostały pominięte, a jeśli nawet zostały uwzględnione, to autor poświęca im znacznie mniej miejsca, jakby bagatelizował ich rolę.

Ps. O Gladwellu i “zasadzie” 10 000 godzin pisałem już wcześniej, i zapewne jeszcze nie raz będę wracał do tego tematu [6].

[1] “Poza schematem”, Malcolm Gladwell, Znak, 2009, str. 49
[2] W artykule: “Training history, deliberate practise and elite sports performance: an analysis in response to Tucker and Collins review  – what makes champions?”, K Anders Ericsson, Br J Sports Med 2013 47: 533-535 originally published online October, 30, 2012
Ericsson używa takich słów:
“Given that this is my first opportunity to comment on ‘the 10 000 h rule’—a term that I do not use in my own papers— it is important to point out the differences and inconsistencies with our research findings and the popular internet view.”
[3] “Poza schematem”, Malcolm Gladwell, Znak, 2009, str. 57
[4] ibidem, str. 71
[5] ibidem, str. 149
[6] http://ekonomiaprzetrwania.pl/mit-10-000-godzin-malcolma-gladwella/

Umowa z samym sobą, czyli czego możemy nauczyć się od Odyseusza

Czy zdarzają ci się zachowania, których chciałbyś, i mógłbyś, uniknąć? Co więcej, wydaje ci się, że masz dość silnej woli, by kolejny raz nie popełnić tego samego błędu? A i tak go popełniasz. Wchodzisz do sklepu kupić jeden prezent, a wychodzisz z całym koszykiem nieplanowanych wcześniej produktów? Wchodzisz do kolektury lotto, by puścić jeden kupon za 4 zł, a wydajesz 40 zł, bo akurat (znowu) była kumulacja?

Innymi słowy, nie odnosisz przypadkiem wrażenia, że czasem zachowujesz się irracjonalnie, mimo że wcześniej mówiłeś sobie, że tym razem zachowasz się inaczej, tak jak wcześniej sobie zaplanowałeś? Jeśli tak, to omówiona w tym artykule strategia może znacznie zwiększyć nie tylko twoją produktywność, ale też poczucie kontroli nad swoim życiem.

Idea jest banalnie prosta. Jeśli sam nie dajesz sobie rady ze złym nawykiem, lub chcesz wykształcić w sobie nowe, dobre przyzwyczajenie, to znajdź sobie sprzymierzeńca, który cię wesprze w twoim postanowieniu. Używając słów Davida Eaglemana, amerykańskiego neuronaukowca: “jeśli nie możesz polegać na własnym systemie racjonalnym, to go od kogoś pożycz” [1].

Co najciekawsze, sprzymierzeńcem może być ktokolwiek lub cokolwiek. W wersji “osobowej”, umów się ze znajomym, że jeśli przykładowo codziennie nie napiszesz jednej strony swojej powieści, wtedy za każdy taki dzień zapłacisz mu 100 zł kary. Bez żadnych dyskusji. Umowa może dotyczyć jakiejkolwiek czynności, którą chcesz wykonywać regularnie (np. bieganie) lub którą chcesz zaprzestać (np. objadanie się późnym wieczorem). W wersji “bezosobowej”, zaplanuj do wykonania dwie czynności pod rząd. Najpierw czynność trudniejsza, którą musisz lub chcesz wykonać, a dopiero potem czynność, którą lubisz – jako formę nagrody. Najpierw bieganie, potem ulubiony serial. Nie biegałeś, dzisiaj serialu nie oglądniesz. Brzmi nierealnie? Być może, ale tym, co mnie najbardziej zaskakuje w tej metodzie, jest jej niewiarygodna skuteczność. A jej źródłem jest poczucie uczciwości wobec siebie. Umowę zawierasz sam ze sobą, kontrolę za jej wykonanie powierzając komuś, lub czemuś, z zewnątrz.

Wspomniany już wcześniej David Eagleman, autor “Mózgu incognito”, zapytany o receptę na odniesienie sukcesu i zwiększenie osobistej efektywności [2], odpowiedział tymi słowy: “Uważam, że kluczem do rozwiązania wszystkich tych spraw jest najpierw poważne zastanowienie się, jaką osobą chcemy się stać, a następnie zobowiązanie się do przestrzegania Kontraktu Odyseusza [3], w którym generalnie chodzi o to, aby zmusić się przestrzegania właściwego zachowania [4]“.

Dlaczego o tym piszę? Uważam bowiem, że wspomniana strategia jest jedną z najlepszych, jakie kiedykolwiek wymyślono w zakresie rozwoju osobistego. Prekursorem był oczywiście sam Odyseusz (gwoli ścisłości, zwany też Ulissesem, dlatego strategia w literaturze anglojęzycznej znana jest jako “Ulysses pact” lub “Ulysses contract”), który przed wyruszeniem w morze nakazał swoim kompanom przywiązać się do masztu, by oprzeć się pokusie ze strony Syren, kuszących z brzegu jednej z pobliskich wysp. Oddajmy jeszcze raz głos Eaglemanowi, który komentuje zachowanie Odyseusza w następujący sposób: “Mit ten ilustruje, jak ludzki umysł wyciąga wnioski dotyczące wzajemnego oddziaływania frakcji krótko- i długoterminowych korzyści. Skutek jest niezwykły: umiemy negocjować z przewidywalnymi wersjami naszego umysłu z różnych punktów w czasie” [5]

Sedno tej strategii leży więc w dobrowolnym postanowieniu, że w razie pojawienia się konkretnej sytuacji w przyszłości, zachowamy się tak, jak sobie postanowiliśmy odpowiednio wcześniej. W tym celu “ja z teraźniejszości” niejako utrudnia życie “mnie z przyszłości”, zastawiając na niego mentalną lub wręcz fizyczną pułapkę. A wszystko po to, by “ja z przyszłości” nie popełniło błędu, którego “ja z teraźniejszości” jest świadome i którego za wszelką cenę chce uniknąć w przyszłości.

Wśród wielu zalet tej strategii, trzy z nich są dla mnie kluczowe. Po pierwsze, to ty sam doskonale wiesz, co jest twoim problemem, który chcesz rozwiązać; po drugie, sam ustanawiasz warunki umowy z samym sobą; i po trzecie, panujesz nad całym procesem. Nie twierdzę, że umowę Odyseusza można zastosować w każdej sytuacji (na pewno nie nadaje się do rozwiązywania poważnych problemów psychologicznych, w takim wypadku zalecany jest jak najszybszy kontakt z lekarzem specjalistą). Nie twierdzę też, że nie ma ona żadnych minusów. Jednym z nich może być chociażby to, że tylko ty jesteś odpowiedzialny za swoją umową. W efekcie może się zdarzyć, że nikt poza tobą nie będzie znał jej szczegółów, choć oczywiście można w umowę wciągnąć także inną osobę – wtedy możesz mieć dodatkowe “zabezpieczenie” czy gwarancję, że dotrzymasz swojego postanowienia. Biorąc pod uwagę wspomniane za i przeciw, szczerze zachęcam do jej przetestowania.

Dan Ariely, jeden z najbardziej znanych przedstawicieli ekonomii behawioralnej, uległ niegdyś poważnemu wypadkowi. Po dwuletnim pobycie w szpitalu, gdzie głównie leczył rany po ciężkich oparzeniach, musiał następnie, już w domowym zaciszu, samodzielnie aplikować sobie bolesne zastrzyki. Po pewnym czasie okazało się, że jako jedyny z rekonwalescentów wypełnił wszystkie zalecenia lekarskie. Źródłem jego sukcesu okazała się właśnie umowa Odyseusza. Będąc fanem filmów video, postanowił, że codziennie wieczorem będzie oglądał jeden nowy film (korzyść krótkoterminowa), ale zanim go włączy, zaaplikuje sobie zastrzyk (korzyść długoterminowa). Zresztą posłuchajcie sami jego niesamowitej historii (video z napisami w języku polskim):

Źródła:

[1] Mózg incognito, David Eagleman, Carta Blanca, 2013, str. 161

[2] “Hello Dr Eagleman. What are some concrete advice from a neuroscientist perspective to: stop doing nothing on my computer all day, increase (psychological) energy, motivation, deal with my social anxiety,decrease my sensitivity to social situations, decrease my social inhibition and care less about what people are thinking, manage anger, how to feel/be happy (what does is mean for the brain to be happy).”
http://www.reddit.com/r/IAmA/comments/v85vk/i_am_david_eagleman_neuroscientist_and

[3] https://en.wikipedia.org/wiki/Ulysses_pact

[4] “I think the key to solving all these issues is to think hard about the kind of person you want to be and then set up a Ulysses Contract with yourself — essentially a way of binding yourself to the right kind of behavior.”
http://www.reddit.com/r/IAmA/comments/v85vk/i_am_david_eagleman_neuroscientist_and

[5] Mózg incognito, David Eagleman, Carta Blanca, 2013, str. 159

Zaufaj mi, jestem kłamcą – Ryan Holiday – recenzja

Jak sprzedawać więcej książek? Co czyni z książki bestseller? Dlaczego po słabe książki sięga więcej czytelników niż po dzieła wybitne? Gdybym nie szukał odpowiedzi na tego rodzaju pytania, prawdopodobnie nie zainteresowałbym się postacią Ryana Holidaya [1], a tym bardziej jego książką “Zaufaj mi, jestem kłamcą” [2]. Stało się jednak inaczej. Przeczytałem ją z dużym zainteresowaniem, ale moje odczucia są co najmniej mieszane.

Holiday nazywa siebie  – po części z nieskrywaną dumą, po części ze wstydem  – ekspertem od manipulowania mediami. W zasadzie większość jego książki zajmują opisy oszustw, jakich dopuszczał się autor (lub jego koledzy po fachu), by osiągnąć zamierzony cel: sprzedać więcej produktów, zwiększyć klikalność konkretnych stron internetowych lub dotrzeć ze sfałszowanym przekazem do mainstreamowych mediów. A jeszcze lepiej, jeśli owe trzy cele udawało się zintegrować w ramach jednej akcji marketingowej.

Jednym z najbardziej znanych wyczynów Holidaya było podszywanie się za różnych ekspertów w serwisie HARO (Help A Reporter Out) [3], który służy jako pomost pomiędzy marketerami i PR-owcami a mainstreamowymi dziennikarzami. W efekcie publicyści z tak szanowanych i znanych mediów jak The New York Times, MSNBC, ABC News czy CBS połknęli haczyk i opublikowali artykuły [4] bazujące na zmanipulowanych informacjach. Po ujawnieniu oszustwa, redakcje zamieściły sprostowania [5], ale niesmak pozostał.

zaufaj
Źródło: Wydawnictwo OnePress

Problem z tą książką polega na tym, że cokolwiek napisałby Holiday, to ciężko będzie mu zaufać i uwierzyć w jego zacne intencje. Niby obiecuje w ostatnim rozdziale, że już więcej nie będzie manipulował mediami, bo to przynosi więcej szkody niż pożytku, ale z drugiej strony, mamy przecież do czynienia z produktem, który Holiday chciał sprzedać w jak największej ilości. Zasadnym jest więc pytanie: dlaczego Holiday miałby rezygnować ze swoich najlepszych, tajnych i oszukańczych metod, które sprawdzały się podczas promowania publikacji Roberta Greene’a [6] i Maxa Tuckera [7], w sytuacji, gdy wydaje własną książkę?

Niestety, wszystko wskazuje na to, że tego typu obawa ma solidne podstawy. Holidayowi wytknięto bowiem, że podczas promowania “Zaufaj mi, jestem kłamcą”, nadal stosował swoje marketingowe sztuczki, a wiele z nie tylko jego wypowiedzi i działań, ale też ze strony jego wydawcy, było mocno dwuznacznych i co najmniej niejasnych. [8]

Wracając do meritum: książka odsłania kulisy amerykańskiej blogosfery. A w zasadzie całej machiny, jaka stoi za mediami elektronicznymi. Holiday podkreśla, że “im większy nacisk na świeżość informacji jest kładziony w medium (blog, w dalszej kolejności gazeta, po niej czasopismo), tym częściej pracujący tam dziennikarz będzie czerpał z mało wiarygodnych źródeł online, takich jak serwisy społecznościowe.” [9] To po części tłumaczy, dlaczego o manipulacje w dzisiejszych czasach tak łatwo.

Jednak sednem do zrozumienia tej medialnej machiny rozpowszechniania manipulacji jest, zdaniem Holidaya, idea klikalności. Zarówno blogerzy, jak i największe media prasowe, są w stanie zrobić niemal wszystko, by zwiększyć ilość odsłon, co bezpośrednio przekłada się na przychody z tytułu wyświetlanych reklam. Nic odkrywczego, może poza jedną kwestią. Poraża skala nierzetelności i podatności na manipulacje wśród twórców newsów i innych treści internetowych. Mniej lub bardziej świadomie media, blogerzy i marketerzy powielają w nieskończoność informacje, które są zmanipulowane w jednym konkretnym celu: dotrzeć z informacją do jak najszerszego kręgu odbiorców. Za wszelką cenę.

Holiday przyznaje się chociażby do przekupywania blogerów, komunikowania się z głównymi mediami z fałszywych kont i podszywanie się pod ekspertów ze zmienioną tożsamością, a także do preparowania informacji, które stają się potem pożywką dla nieświadomych zasadzki dziennikarzy z głównych mediów. Czego odpryski widać czasem także w Polsce. Ale na szczęście tylko odpryski. Bo polską blogosferę od amerykańskiej dzieli przepaść. Inny rynek, inne budżety reklamowe, inny zasięg. A co za tym idzie, mniejsza podatność na manipulacje. Dlatego też książkę Holidaya należy traktować przede wszystkim jako ostrzeżenie przed potencjalnymi zagrożeniami, jakie niesie ze sobą coraz silniejszy trend postrzegania internetu jako głównego źródła informacji.

Casus Ryana Holidaya wydaje się być jednak zjawiskiem niepokojącym z jednego ważnego powodu: po lekturze jego książki można przecież zadać sobie pytanie, ilu takich Ryanów manipuluje blogerami i dziennikarzami, puszczając w obieg sfałszowane informacje, po to tylko, by z czasem podchwyciły je mainstreamowe media, nieświadomie realizując pierwotne założenia manipulatorów treści? Smutna  prawda jest taka, że tego nie dowiemy się nigdy. Pozostaje nam więc być wyczulonym na mało wiarygodne informacje. Gorzej, jeśli popełniamy błąd autorytetu i zaczynamy wierzyć bez zastanowienia w to, co przekazują nam dziennikarze i publicyści.

[1] http://en.wikipedia.org/wiki/Ryan_Holiday
[2] “Zaufaj mi, jestem kłamcą”, Ryan Holiday, OnePress, 2014
[3] http://www.helpareporter.com/
[4] http://www.forbes.com/sites/davidthier/2012/07/18/how-this-guy-lied-his-way-into-msnbc-abc-news-the-new-york-times-and-more/
[5] http://www.poynter.org/news/mediawire/181626/ny-times-cbs-others-fix-stories-that-featured-fake-expert-ryan-holiday/
[6] http://en.wikipedia.org/wiki/Robert_Greene_%28American_author%29
[7] http://en.wikipedia.org/wiki/Tucker_Max
[8] http://www.poynter.org/news/mediawire/181742/telling-the-truth-about-media-manipulator-ryan-holiday/
[9] “Zaufaj mi, jestem kłamcą”, Ryan Holiday, OnePress, 2014, str. 31

Dziękuję redakcji wydawnictwa Onepress za udostępnienie egzemplarza recenzenckiego.

Uczmy się od prawdziwych ekspertów

Otrzymałem sygnały, że poprzedni artykuł zatytułowany “Unikajmy porad ludzi sukcesu, czyli błąd selekcji danych w praktyce” wymaga uzupełnienia i dodatkowego wyjaśnienia. Ten post proszę więc potraktować jako ciąg dalszy tamtego wątku.

1. Nie każdy ekspert zasługuje na zaufanie

Ekspertem jest ten, kto posiadł specjalistyczną wiedzę w danej dziedzinie i zyskał dzięki temu uznanie w konkretnej społeczności. Przynajmniej tak nam się wydaje. Dlatego proponuję, w dużym uproszczeniu, przyjąć za właściwy punkt wyjścia do dalszej analizy rozróżnienie na dwa rodzaje ekspertów: na tych fałszywych, i na tych prawdziwych. Co przez to rozumiem?

Ekspertem fałszywym będą nazywał osobę, która jest postrzegana za autorytet w danej dziedzinie, lub za taką się uważa, de facto nim nie będąc. Przyczyną takiego stanu rzeczy mogą być:

- katastrofalne luki w jej wiedzy specjalistycznej, mimo legitymowania się stopniem naukowym,
- skłonność do formułowania reguł mających obowiązywać w danej dziedzinie na podstawie swojego wąskiego doświadczenia,
- pomijanie konsensusu naukowego lub dostępnych danych i statystyk,
- manipulowanie danymi w celu udowodnienia za wszelką cenę swojej teorii czy hipotezy,
- pseudonaukowe wypowiedzi rzucające cień na dotychczasowy dorobek tej osoby,
- lub uzurpowanie sobie prawa do prognozowania w dziedzinach, które są zupełnie nieprzewidywalne, i tym samym wprowadzanie swoimi wypowiedziami w błąd opinii publicznej.

Innym wariantem fałszywego eksperta jest osoba, która funkcjonuje w dziedzinach pseudonaukowych, i w tych kręgach cieszy się estymą i autorytetem, mimo propagowania treści błędnych z naukowego punktu widzenia, i często szkodliwych lub wręcz niebezpiecznych dla zdrowia.

Ekspertem prawdziwym będzie natomiast osoba, która od lat doskonali swoje umiejętności w konkretnej dziedzinie, poznała od podszewki tajniki swojej profesji, i posiada coś, co można nazwać wiedzą ekspercką. To dzięki niej ekspert potrafi rozpoznać w danej sytuacji schematy i prawidła, czego nie potrafi dokonać żaden laik.
Dodam tylko, że nie będzie nim więc astrolog, będący “ekspertem” w dziedzinie pseudonaukowej, rzekomo potrafiący rozpoznać ukryte schematy w układzie gwiazd. Będzie nim natomiast astrofizyk, potrafiący odkryć nową planetę na podstawie spadku jasności gwiazdy podczas tranzytu astronomicznego.

Prawdziwym ekspertem może być zarówno naukowiec, ale też trener sportowy, księgowy, kierowca, analityk finansowy czy handlowiec. Każdy z nich, po latach nauki, szkoleń i na bazie własnego doświadczenia, zyskuje unikalny zestaw umiejętności, z których część wykorzystuje na co dzień, a część w sytuacjach wyjątkowych.

Im lepszy ekspert, tym lepiej poradzi sobie właśnie pod presją czasu, gdy szybko trzeba znaleźć rozwiązanie skomplikowanego problemu na bazie dotychczasowej wiedzy i doświadczenia.

2. Ekspert w biznesie

Nasuwa się jednak pytanie: jak odróżnić eksperta prawdziwego od fałszywego w realiach biznesowych? Kogo warto słuchać, a kogo lepiej zignorować? Oto kilka sugestii:

Fałszywy ekspert w biznesie:

- będzie koncentrował się na własnych sukcesach, własnych pomysłach, opowiadał anegdoty i barwne historie, z czego zazwyczaj dla słuchacza niewiele będzie wynikało, właśnie ze względu na błąd poznawczy zwany błędem selekcji danych lub błędem przetrwania,

- będzie twierdził, że dokładne postępowanie według jego wskazówek zagwarantuje nam sukces,

- będzie miał znacznie więcej wiedzy teoretycznej niż praktycznej, klasycznym przykładem są wykładowcy szkół biznesu, którzy nigdy nie prowadzili własnej firmy (nie mówię o jednoosobowej działalności gospodarczej, bo to najczęściej nie jest firma z prawdziwego zdarzenia)

- na podstawie jednego przykładu (sukcesu lub porażki, własnego lub cudzego) będzie wyciągał wnioski na temat wszystkich firm lub całej branży,

- będzie nam nakazywał konsekwentne trzymanie się planu, bez względu na zmieniające się okoliczności,

- będzie wypowiadał definitywne sądy na wszelkie możliwe tematy, zwłaszcza te, w których jego wiedza jest znikoma (tzw. choroba Noblistów), choć akurat ten punkt nie oznacza, że taka osoba nie jest ekspertem w swojej dziedzinie, ale znacznie zmniejsza takim podejściem swój autorytet, a niekiedy stawia pod dużym znakiem zapytania faktyczną wiedzę w dziedzinie, w której się specjalizuje,

- bazuje na przeterminowanej, nieaktualnej wiedzy, bo wychodzi z założenia, że to, co sprawdzało się wczoraj, będzie sprawdzało się jutro – to bodajże największy błąd wielu przedsiębiorców – w efekcie nie czuje potrzeby, by stale monitorować otoczenie rynkowe, trendy, a także kondycję własnej firmy i jakość relacji pracowniczych.

Prawdziwy ekspert w biznesie:

- będzie koncentrował się na strategiach, które są skuteczne w większości sytuacji biznesowych,

- będzie miał świadomość, że stosowanie nawet najskuteczniejszych, sprawdzonych w wielu sytuacjach strategii zwiększa jedynie prawdopodobieństwo finalnego sukcesu, ale go w żaden sposób nie gwarantuje,

- będzie mówił o tym, co koniecznie trzeba wiedzieć, a co można pominąć, lub czego można douczyć się później,

- będzie wiedział, jakie priorytety pojawiają się na każdym etapie prowadzenia firmy,

- jeśli będzie podpierał się teorią, to będzie to robił w kontekście wiedzy praktycznej,

- będzie nam zalecał modyfikację naszych planów nie rzadziej niż raz na trzy miesiące,

- będzie świadom, że w wielu sytuacjach w grę wchodzi czysty przypadek, jednocześnie wiedząc, że szczęście sprzyja przygotowanym, przez co odpowiednia wiedza ma kolosalne znaczenie,

- będzie zalecał ćwiczenia, praktyki, staże, udział w symulacjach, wszystko po to, by zdobyć wiedzę unikalną dla danej dziedziny,

- będzie świadom ograniczeń swojej wiedzy, i gdy konkretne zadanie wykracza poza jego kompetencje, będziesz szukał pomocy innych specjalistów,

- będzie zawsze ze wszystkim na bieżąco – wie dokładnie, co dzieje się w jego firmie, ale też śledzi trendy rynkowe i poczynania konkurencji,

- do wiążących wniosków dochodzi metodą prób i błędów, szukając optymalnego rozwiązania tam, gdzie to tylko możliwe,

- przywiązuje dużą wagę do mierzenia i monitorowania wskaźników, które są kluczowe dla jego biznesu,

- jest świadom, że nie ma dróg na skróty, a pierwszym elementem na drodze do ewentualnego sukcesu jest perfekcyjne opanowanie podstaw.

Z powyższym rozróżnieniem wiąże się jedna ważna sprawa: fakt, iż ktoś odniósł sukces, nie czyni z niego jeszcze eksperta, choć najczęściej tak jest.  Nigdy bowiem nie wiadomo, jak wiele zawdzięcza on przypadkowi, a ile posiadanym umiejętnościom. I odwrotnie, ekspert może nigdy nie zrobić kariery naukowej czy może nigdy nie odnieść sukcesu w biznesie. Pamiętajmy przecież, że w grę wchodzi masa innych czynników, które są niezależne od poziomu wiedzy eksperckiej: przypadek, stan zdrowia, relacje pracownicze, lokalizacja firmy czy nawet bieżąca koniunktura w danej branży.

Powyższa lista obejmuje oczywiście tylko kilkanaście różnic, jakie wydają się oczywiste. Zapewne jest ich dużo więcej, proszę więc potraktować powyższe zestawienie jako orientacyjny punkt wyjścia do oceniania poczynań ekspertów, jakich wokół nas i w przestrzeni medialnej jest całe mnóstwo. Zachęcam też do zamieszczania w komentarzach własnych propozycji.

Czarny łabędź, Nassim Taleb – recenzja

Taleba jako obrazoburczego eseistę i pełnego pogardy dla ekonomistów filozofa można nie lubić. Ale Taleba jako speca od szacowania ryzyka i “dyżurnego dysydenta na Wall Street” [1] należy uważnie wysłuchać. Nie można bowiem przejść obojętnie obok wielu jego koncepcji, których z powodzeniem użył jako pretekst do ataku na skostniały system finansowy.

Bodaj najbardziej znana jego koncepcja nosi nazwę “czarnego łabędzia“.  W ujęciu autora, Czarny Łabędź to zdarzenie rzadkie, które można opisać na trzy sposoby. Po pierwsze, jest nietypowe, co sprawia, że nie można go w żaden sposób przewidzieć. Po drugie, jego wpływ na rzeczywistość jest ogromny, nieraz katastrofalny. I wreszcie, jego wystąpienie, mimo braku możliwości jego przewidzenia,  łatwo jesteśmy sobie w stanie wyjaśnić, co sprawia, że po fakcie wydaje nam się, że dane zdarzenie było jednak łatwo przewidzieć.

Taleb rozróżnia dwa rodzaje Czarnych Łabędzi: pozytywne i negatywne. Oba są równie mało prawdopodobne, a różnica polega na ewentualnych skutkach, jakie ze sobą niosą owe rzadkie, nieprzewidywalne zdarzenia. Do pierwszej grupy, czyli pozytywnych  Czarnych Łabędzi, Taleb zalicza takie zdarzenia jak nieoczekiwane zyskanie statusu bestsellera danej książki, wynalazki i odkrycia naukowe czy inwestycje funduszy Venture Capital. Do drugiej, negatywnej, zalicza wojny i kryzysy, których skutki są zazwyczaj opłakane i dalekosiężne. Przy czym zdaniem autora, mimo że pewne zdarzenia jesteśmy w stanie teoretycznie przewidzieć, to „obawiamy się nie tych nieprawdopodobnych zdarzeń co trzeba” [2]. W celu zilustrowania tej tezy, Taleb wprowadza kolejne rozróżnienie: na Czarne Łabędzie, o których można usłyszeń w mass mediach, np. spodziewane pęknięcie bańki inwestycyjnej, oraz na Czarne Łabędzie, „o których nikt nie mówi, ponieważ nie uwzględniają ich obecne modele” [3], np. „czarny poniedziałek” w dniu 19 października 1987 roku, gdy Dow Jones zanotował spadek w rekordowej wysokości 22 procent [4].

BlackSwanŹródło: Kurhaus Publishing

Co sprawiło jednak, że „Czarny Łabędź” zyskał tak wielką popularność na całym świecie? W końcu 3 miliony sprzedanych egzemplarzy i tłumaczenia w 33 językach świadczą o tym, że z perspektywy rozprzestrzeniania się doniosłych idei mamy do czynienia ze zjawiskiem wyjątkowym.

Na temat prawdopodobieństwa i szacowania ryzyka napisano setki, jeśli nie tysiące, książek i prac akademickich. Ale to „Czarny łabędź” wzbudził najwięcej kontrowersji, a Nassim Taleb zyskał największą sławę wśród autorów zajmujących się tematyką niepewności, ryzyka i rzadkich zdarzeń. Na czytelników, którzy książki o prawdopodobieństwie czy statystyce uważają za nudne lub zbyt naukowe, czeka tu spora niespodzianka. Mamy tu bowiem do czynienia z autorem w każdym calu nietuzinkowym, momentami obrazoburczym, a przede wszystkim bardzo wyrazistym. To z pewnością w dużej mierze przyczyniło się do ogromnego sukcesu książki. Prawdopodobnie ten sam temat omówiony przez autora miałkiego i bardziej stonowanego mógłby przejść bez echa.

Choć nie należy zapominać o jeszcze jednym czynniku, kto wie czy nie najważniejszym. „Czarny łabędź” ukazał się w 2007 roku, tuż przed wystąpieniem ogólnoświatowego kryzysu bankowego rok później. A Taleb został uznany, choć niesłusznie, jak sam przyznaje, za jednego z nielicznych fachowców i publicystów, którzy „przewidzieli” ów kryzys, nazwany po fakcie, jakżeby inaczej, Czarnym Łabędziem. Autor przypomina jednak w posłowiu, napisanym trzy lata po debiucie, że Czarny Łabędź to zdarzenie, którego przewidzieć nie można, co w przypadku kryzysu nie miało miejsca, bo „wynikał on z kruchości systemów, które nie wiedziały o istnieniu zdarzeń z kategorii Czarnego Łabędzia albo nie przyjmowały ich do wiadomości” [5].

Warto w tym miejscu przytoczyć w pełnym brzmieniu konkretne słowa autora, by w pełni zrozumieć źródło popularności Taleba w tak wielu środowiskach. Przypomnijmy, był rok 2007, a Taleb pisał, że „rosnąca koncentracja banków wydaje się obniżać prawdopodobieństwo kryzysów finansowych, ale jednocześnie, kiedy już wystąpią, będą miały bardziej globalną skalę i mocno w nas uderzą [6], by zaraz dodać, że „kryzysy będą rzadsze, ale poważniejsze. Im rzadsze zdarzenie, tym mniej wiemy o jego prawdopodobieństwie. To znaczy, że coraz mniej rozumiemy prawdopodobieństwo kryzysy finansowego [7]”.

Jednak najbardziej znane słowa, jakie wyszły spod pióra Taleba, brzmią następująco: „Każdego, kto wyrządza swoim prognozami szkody, należy traktować jako głupca lub kłamcę. Niektórzy progności szkodą społeczeństwu bardziej niż przestępcy. Błagam, nie siadajcie za kierownicą autobusu szkolnego z zawiązanymi oczami [8]. Przy czym głupcami i kłamcami mieli być, zdaniem Taleba, wszyscy ci, którzy zajmują się przygotowaniem i publikowaniem prognoz ekonomicznych, a ich głównym mankamentem jest to, że są one zafałszowane i nierzetelne, bo oparte na złych modelach i wybiórczych danych.

Na marginesie, w książce pojawia się polski akcent. O tyle zaskakujący, bowiem rzadko zdarza się, by zagraniczny autor w bestsellerowej książce (przypomnę, ta sprzedała w nakładzie ponad 3 milionów egzemplarzy), cytował polskich autorów. Tutaj międzynarodowej nobilitacji doczekali się dwaj rodzimi naukowcy, Tadeusz Tyszka i Piotr Zielonka [9], a pracą, na którą powołuje się Taleb, jest ich badanie porównujące umiejętności prognostyczne analityków finansowych i meteorologów [10].

Zaintrygowanych koncepcją Czarnego Łabędzia i jego szczegółową charakterystyką odsyłam do lektury. Co więcej, Taleb, choć nieco chaotycznie, porusza tu multum tematów, takich jak problem indukcji, błędy poznawcze, problem eksperta, skalowalność kariery, przypadkowe odkrycia, strategia sztangi czy jakość naszych prognoz. Powodów, dla których warto sięgnąć po tę książkę, jest więc naprawdę sporo. Ale gdybym miał podać jeden, główny powód, brzmiałby tak: wiedza o zdarzeniach o niskim prawdopodobieństwie jest niezbędna, by uniknąć poważnych błędów, także tych finansowych. A do tej pory nie spotkałem się z publikacją, która by tłumaczyła kwestie zarządzania ryzykiem lepiej niż uczynił to Nassim Taleb w „Czarnym Łabędziu”.

Źródła:

[1] Jakże trafny opis Taleba w wykonaniu Malcolma Gladwella.
Źródło: Co widział pies?, M. Gladwell, Znak, 2011, str. 63

[2-3] Czarny łabędź, Nassim Taleb, Kurhaus Publishing, 2014, str. 131

[4] http://pl.wikipedia.org/wiki/Czarny_poniedzia%C5%82ek_%281987%29

[5] Czarny łabędź, Nassim Taleb, Kurhaus Publishing, 2014, str. 448

[6-7] ibidem, str. 324

[8] ibidem, str. 245

[9]  ibidem, str. 226

[10] Tyszka T., Zielonka P., 2002, „Expert Judgements: Financial Analysts Versus Weather Forecasters”, Journal of Psychology and Financial Markets, 3(3), str. 152-160

Potęga checklisty – Atul Gawande – recenzja

Dobre książki często inspirują do zmian. Niekiedy zachęcają do dalszych poszukiwań. Bywają też takie, które odsłaniają mało znane fakty.  “Potęga checklisty” spełnia wszystkie trzy wymienione warunki. Jednak wyjątkowość tej pozycji polega na czymś zupełnie innym. Rzadko się bowiem zdarza, by temat pozornie tak błahy, jakim są listy kontrolne, został umiejętnie przekształcony w pełnowartościową i zaskakującą momentami książkę.

Ta trudna sztuka udała się Atulowi Gawande [1], amerykańskiemu lekarzowi chirurgowi, który od 1998 roku jest stałym współpracownikiem New Yorkera i z powodzeniem publikuje felietony na tematy okołomedyczne. To właśnie jeden z takich tekstów [2] stał się kanwą do napisania “Potęgi checklisty”, wydanej w USA w 2009 roku, a w Polsce w roku 2012. Książka pachnie więc jeszcze świeżością, a apel autora o szersze stosowanie list kontrolnych w branży medycznej, i nie tylko,  jest jak najbardziej aktualny i wręcz pilny.

Celowo zaczynam od wątku, który jest punktem wyjścia do dalszych rozważań, i któremu autor poświęca najwięcej miejsca. Listy kontrolne w medycynie, wykorzystywane zwłaszcza na salach operacyjnych, to temat w zasadzie szerzej nieznany, więc można by zadać sobie pytanie, po co właściwie zawracać sobie takimi faktami głowę? Cóż, choćby dlatego, że przestrzeganie list kontrolnych podczas operacji zmniejsza ryzyko powikłań i zwiększa szanse na wykrycie jakichkolwiek nieprawidłowości w przygotowaniach i ocenie ryzyka, więc jest to kwestia, która dotyczy milionów pacjentów i tysięcy lekarzy.

Co więcej, autor udowadnia, na bazie kilku programów pilotażowych prowadzonych w szpitalach na całym świecie, że ich wdrożenie przynosi konkretne, mierzalne efekty. Jeden z największych eksperymentów z wykorzystaniem list kontrolnych w ośmiu szpitalach skutkował “obniżeniem wskaźnika poważnych powikłań pooperacyjnych o 36 procent, a odsetek zgonów zmalał aż o 47 procent” [3].

Najbardziej jednak zaskakuje fakt, iż mimo potwierdzonej skuteczności, w USA tylko około 10 % szpitali wdrożyło rekomendowane procedury, a liczba placówek medycznych w pozostałych krajach przekroczyła ledwie dwa tysiące [4]. Dodajmy tylko, że omawiane listy kontrolne to nie wynik pracy i badań jednego człowieka. W rzeczywistości w projekt zostało zaangażowanych dziesiątki lekarzy, którzy w ciągu paru miesięcy udoskonalali i edytowali na bieżąco sugerowaną listę. A sam projekt był firmowany przez Światową Organizację Zdrowia (WHO), przy czym Atul Gawande był jego inicjatorem i liderem. Mimo to ponad 90 % placówek medycznych na świecie nadal nie korzysta z tego prostego, darmowego narzędzia, które drastycznie zwiększa szanse na pomyślne zakończenie operacji, i co równie istotnie, w wielu krajach znacznie obniża koszty funkcjonowania szpitali.

Autor wskazuje na główne przyczyny, które hamują ekspansję tego taniego i skutecznego narzędzia. Najważniejszy problem to konieczność zmiany kultury pracy. W niektórych krajach czy szpitalach lekarze nie dopuszczają możliwości, że mogliby popełnić jakikolwiek błąd, co prowadzi do sytuacji, w której pozostają obojętni na trafne uwagi pielęgniarek. Inny problem to relacje na linii lekarze a urzędnicy ministerstwa zdrowia, którzy narzucają pewne rozwiązania odgórnie, co zazwyczaj spotyka się z oporem środowiska lekarskiego. Nawet jeśli proponowane rozwiązania, jak wspomniane listy kontrolne, odznaczają się wysoką skutecznością.

Gawande_Potegachecklisty_500pcx
Źródło: Wydawnictwo Znak

Książka kończy się apelem Gawande, który pozwalam sobie przytoczyć w pełnej wersji: “Bez względu na to, jaką dziedzinę życia weźmiemy pod lupę, dostrzegamy te same błędy popełniane raz po raz, nawet przez wyjątkowo zdolne i zdeterminowane osoby. Znamy te prawidłowości i dobrze wiemy, ile nas kosztują. Najwyższy czas spróbować czegoś innego. Zacznijmy stosować listy kontrolne” [5].

Tu mała dygresja na temat polskiego tłumaczenia tytułu książki, który nie oddaje w żaden sposób idei manifestu, a do tego sprowadza się finalna konkluzja autora. Zresztą w wersji oryginalnej tytuł brzmi właśnie “Checklist Manifesto”. Na dodatek razi użycie słowa “checklista” w tytule, mimo  że w treści książki tłumacz konsekwentnie stosuje polski odpowiednik pod postacią “list kontrolnych”.

“Potęga checklisty” to, wbrew pozorom, nie tylko pasjonująca opowieść o lekarzach i szpitalach. Aby lepiej zobrazować główny wątek, autor sięgnął po przykłady stosowania list kontrolnych w tak odległych dziedzinach jak budownictwo, lotnictwo czy finanse. Mało kto z nas, specjalistów w zupełnie innych dziedzinach, zdaje sobie sprawę, jak szeroko stosowane i jak ważne są listy kontrolne zarówno na dużych placach budów, jak i w kabinie pilotów każdego samolotu pasażerskiego. Jednym z najciekawszych wątków jest jednak kilka przykładów stosowania list kontrolnych wśród inwestorów, zarówno giełdowych, jak i tych pracujących dla funduszy VC.

Jeden z opisywanych inwestorów mówi wprost, że “bez listy kontrolnej nie wykonałby nawet ułamka pracy analitycznej”, jednak zapytany o to, czy ktoś interesował się jego źródłem sukcesów i ponadprzeciętnych zysków, odpowiada, że nikt [6]. Autor co prawda zaraz dopowiada, że było nieco inaczej, bo “inni inwestorzy bardzo interesowali się tym, co kupował i dlaczego, lecz gdy tylko wypowiadał słowa “lista kontrolna”, natychmiast znikali” [7]. Gawande podsumowuje to tak: “Znamienne są dla mnie nie tylko dowody, że poza medycyną listy kontrolne sprawdzają się również w świecie finansów, lecz także niewielka liczba naśladowców, chcących je zastosować w praktyce” [8].

A czytelnikom pozostaje nie lada zadanie do wykonania, czyli wprowadzenie list kontrolnych wszędzie tam, gdzie moglibyśmy usprawnić pewne procesy i zminimalizować ryzyko porażki. Jeśli podskórnie czujemy, że w naszym biznesie czy w wykonywanej pracy istnieje choćby minimalna szansa na wykorzystanie idei list kontrolnych, zacznijmy od “Potęgi checklisty”. Trudno doprawdy wyobrazić sobie lepsze wprowadzenie do tego zagadnienia.

Uaktualnienie (20.03.2015):
Korzystanie z list kontrolnych w czasie operacji jest rekomendowane przez Ministerstwo Zdrowia. W Polsce lista kontrolna, która została wprowadzona i przetestowana przez Światową Organizację Zdrowia (WHO) pod przewodnictwem Atula Gawande, znana jest pod nazwą Okołooperacyjna Karta Kontrolna (OKK). Mimo potwierdzonej skuteczności i zaleceń Ministerstwa Zdrowia jak dotąd tylko 191 szpitali w Polsce wprowadziło to bezpłatne narzędzie do swojej codziennej pracy. Aktualna lista znajduje się na stronie:
http://www.cmj.org.pl/who/okk/instytucje_stosujace_okk.php

Zainteresowanych tematem odsyłam do wykładu Atula Gawande na konferencji TED – moim zdaniem, to jedno z najbardziej wartościowych wystąpień, jakie tam znajdziecie. Polecam.

Źródła:
[1] http://en.wikipedia.org/wiki/Atul_Gawande
[2] http://www.newyorker.com/magazine/2007/12/10/the-checklist
[3] Potęga checklisty, Atul Gawande, Znak, 2012, str. 200
[4] ibidem, str. 206
[5] ibidem, str. 240
[6-8] ibidem, str. 219

Efekt pewności wstecznej i efekt wyniku na przykładzie relacji medialnych na temat Rona Wayne’a, współzałożyciela Apple’a

Źródłem naszych błędów jest zazwyczaj niewiedza lub niekompetencja. W przypadku relacjonowania historii Rona Wayne’a [1], jednego z trzech współzałożycieli firmy Apple, dziennikarze wykazali się zarówno słabym researchem, jak i błędną interpretacją faktów [2].

Jego historia, w interpretacji współczesnych mediów, wygląda mniej więcej tak:

1 kwietnia 1976 roku Steve Jobs, Steve Wozniak i Ron Wayne założyli firmię Apple, sporządzając i podpisując umowę spółki, w wyniku której dwóch pierwszych założycieli otrzymało po 45 % udziałów, a Ron pozostałe 10 %. Jednak 12 dni później Ron Wayne sprzedał swoje udziały za kwotę 800 dolarów i wycofał się z tego biznesu. Decyzja ta okazała się najgorszą z możliwych. Dziś owe 10 % udziałów w firmie Apple warte byłoby, według różnych szacunków, od 20 do 35 miliardów dolarów. Dlatego Ron Wayne jest uważany za największego nieudacznika w historii biznesu, bo gdyby zachował do dziś swoje udziały, byłby dziś jednym z najbogatszych ludzi na świecie.

Zapoznawszy się z tą historią, zapaliło mi się światełko ostrzegawcze. Czegoś mi tu brakowało, coś mi tu nie pasowało, i co najważniejsze, w tak przedstawionej historii kryje się kilka poważnych błędów poznawczych, na czele z błędem pewności wstecznej (ang. hindsight bias – czyli “ocenianie przeszłych zdarzeń jako bardziej przewidywalnych niż były w rzeczywistości”) [3], efektem wyniku (ang. outcome bias – czyli “nieracjonalne ocenianie przeszłych decyzji w momencie, gdy są już znane ich skutki”) [4] czy złudzeniem zrozumienia [5]. Postanowiłem sięgnąć więc do źródła, czyli sprawdzić, jak do całej sprawy odnosi się sam zainteresowany. Okazało się, że Ron Wayne jest obecnie pełnym wigoru 80-latkiem, który udziela wywiadów, pisze książki i co najciekawsze, przyznaje, że ani minuty nie żałował decyzji podjętej w 1976 roku. A to oznacza, że niepochlebne wobec niego komentarze w mediach nie mają wiele wspólnego z rzeczywistością, są jedynie subiektywną interpretacją poszczególnych dziennikarzy, którzy na dodatek nie zapoznali się z opinią bohatera opisywanej historii.

Posłuchajmy więc wersji zdarzeń Rona Wayne’a, która w skrócie wygląda mniej więcej tak (opracowanie własne na podstawie wywiadu dostępnego poniżej [6]):

“1 kwietnia 1976 roku faktycznie podpisaliśmy w moim mieszkaniu umowę założycielską firmy Apple, w wyniku której otrzymałem 10 % udziałów. Nawet opracowałem pierwszy projekt logo, z Newtonem pod jabłonią. Z Jobsem znaliśmy się z firmy Atari, w której obaj pracowaliśmy. Ja już miałem spore doświadczenie w biznesie, ale moja niedawna inwestycja nie wypaliła i przez dwa lata spłacałem spore długi. Dlatego do nowych przedsięwzięć podchodziłem z dużą rezerwą. Skąd wzięło się owe 10 % udziałów. Otóż Jobs i Wozniak nieustannie się spierali ze sobą, choćby o to, że Wozniak nie chciał przekazać wyłącznych praw do płyty głównej firmie Apple, ale chciał ją też wykorzystywać poza firmą dla swojego indywidualnego zysku, na co Jobs nie chciał się zgodzić. Konfliktów zresztą było wiele, i z każdym dniem ich przybywało. A ja miałem być rozjemcą w sprawach konfliktowych, z prawem decydującego głosu, dlatego zostałem w ogóle zaproszony do udziału w projekcie. Jednak pierwsze zlecenie na 100 komputerów, obarczone dużym ryzykiem klapy finansowej, plus duża pożyczka, jaką zaciągnął Jobs, sprawiły, że ryzyko przekroczyło dla mnie akceptowalny próg. Dlatego wycofałem się. A dziś tego nie żałuję. Ryzyko było dla mnie zbyt duże, po drugie nie pasowaliśmy do siebie charakterami. Ja byłem starszy od obu założycieli o 14 lat, i szukałem raczej stabilizacji, a nie niepewnych przedsięwzięć. A w Apple’u pojawiłem się na moment jako niedoszły rozjemca sporów, a nie czynny współudziałowiec. I gdybym został tam miesiąc albo rok dłużej, to i tak pewnie bym się wycofał. To nie była moja bajka.”

Wersja Wayne’a wydaje się spójna i wiarygodna. Można by oczywiście zadać sobie pytanie, czy Wayne nie racjonalizuje swojej “niefortunnej” decyzji sprzed, jakby nie było, niemal 40 lat, a jego pamięć co do motywów jego decyzji nie uległa zniekształceniu. Tego nie jesteśmy jednak w stanie dociec, i być może sam zainteresowany nigdy do końca tego nie będzie pewny. Jednak to, co mówi dziś, powinno być dla każdego dziennikarza relacjonującego tę historię punktem wyjścia do jakichkolwiek rozważań, a nie faktem pomijanym i zapomnianym.  Niech za komentarz posłużą więc jego własne słowa: “Kiedy zdarzy ci się być w kluczowym momencie historii, nie zdajesz sobie wtedy z tego sprawy“. [7]

I nie zapominajmy, że w międzyczasie Apple mogło zbankrutować, gdyby nie wymuszona przed sąd pomoc ze strony Microsoftu w kwocie 150 milionów dolarów [8]. A po drugie, przy kolejnych rundach inwestycyjnych owe 10 % należące do Rona Wayne’a mogło zmniejszyć się do 1 %, a nawet 0,1 %. A na koniec, znając już obie wersje tej historii  – medialną i samego zainteresowanego  – zadajmy sobie pytanie: jak my sami zachowalibyśmy się w jego sytuacji w 1976 roku, nie wiedząc oczywiście, że Apple zostanie w przyszłości jedną największych firm na świecie? I apel na końcu: nie osądzajmy ludzi tylko i wyłącznie na podstawie ich decyzji z przeszłości, bo nie znamy wszystkich czynników i motywatorów stojących za daną decyzją. A jeśli już zabieramy się za relacjonowanie historii, zacznijmy od źródeł, a nie od opinii powielanych przez inne media [9].

Źródła:

[1] http://pl.wikipedia.org/wiki/Ronald_Wayne
[2] http://pierwszymilion.forbes.pl/4-najgorsze-pomysly-jakie-kazdy-start-up-ma-pod-reka,artykuly,189414,1,1.html
[3] http://pl.wikipedia.org/wiki/Efekt_pewno%C5%9Bci_wstecznej
[4] http://pl.wikipedia.org/wiki/Efekt_wyniku
[5] Pułapki myślenia, Daniel Kahneman, PWN, 2012, str. 270: “Nic nie poradzisz, że choć dane, którymi dysponujesz, są ograniczone, to jednak traktujesz je tak, jakby były pełne i wyczerpujące. Z dostępnych informacji budujesz najlepszą możliwą opowieść, a jeśli historia jest udana, zaczynasz w nią wierzyć”.
[6] https://www.youtube.com/watch?v=LwxFi2r8aFQ
[7] Słowa Rona Wayne’a z wywiadu dla CNN: “But when you’re at a focal point of history, you don’t realize you’re at a focal point of history.
[8] http://www.wired.com/2009/08/dayintech_0806/
[9] http://www.fool.com/investing/general/2013/04/01/the-sad-tale-of-a-forgotten-apple-co-founder-and-h.aspx

Zainteresowanych tą fascynującą i mało znaną historią odsyłam do wywiadu z Ronem Waynem:

Subiektywny ranking książek przeczytanych w 2014 roku

Początek każdego roku sprzyja różnorakim podsumowaniom. Dlatego po raz pierwszy postanowiłem sporządzić listę książek (czekała na publikację od stycznia), które przeczytałem w 2014 roku, i które zarazem mogę Wam z czystym sumieniem polecić. Nie znajdziecie tu więc książek, które przeczytałem w poprzednich latach, które przeczytałem w 2014 roku, ale nie przypadły mi do gustu (około 30), i tych, które zacząłem czytać, ale jeszcze ich nie skończyłem (około 20).

Mam nadzieję, że poniższa lista zainspiruje Was do sięgnięcia choćby po kilka spośród wymienionych tytułów, a jeśli chcielibyście dowiedzieć się więcej o niektórych z wymienionych tu książek, kliknijcie na link pod hasłem “recenzja“, dostępny pod zrecenzowanymi przeze mnie w tym roku tytułami.

 

TOP 10:

Książki, które w 2014 roku w największym stopniu pogłębiły moje rozumienie rzeczywistości:

1. Sygnał i szum, czyli sztuka prognozowania w erze technologii, Nate Silver, OnePress (recenzja)

2. Przeciw bogom, czyli niezwykłe dzieje ryzyka, Peter L. Bernstein, Kurhaus

3. Niewidzialny goryl, czyli dlaczego intuicja nas zwodzi, Christopher Chabris, Daniel Simons, Laurum  (recenzja)

4. Sztuka podejmowania decyzji, czyli dlaczego mądrzy ludzie dokonują złych wyborów, Gary Klein, OnePress

5. 50 wielkich mitów psychologii popularnej, Scott lilienfeld, Steven Jay Lynn, John Ruscio, Barry Beyerstein

6. Rework, Jason Fried, David Hansson, OnePress  (recenzja)

7. Siła nawyku, Charles Duhigg, PWN

8. Beztroskie jedzenie, Brian Wansink, Mind  (recenzja)

9. Najważniejsza rzecz, Howard Marks  (recenzja)

10. Praktyczne lekcje zarządzania projektami, Michał Kopczewski, OnePress  (recenzja)

A tak wygląda pełna lista polecanych książek w podziale na poszczególne kategorie:

Kategoria: STATYSTYKA I PRAWDOPODOBIEŃSTWO

1. Sygnał i szum, czyli sztuka prognozowania w erze technologii, Nate Silver, OnePress  (recenzja)
2. Przeciw bogom, czyli niezwykłe dzieje ryzyka, Peter L. Bernstein, Kurhaus
3. Futbol i statystyki, czyli dlaczego wszystko, co wiesz o piłce nożnej, jest nieprawdą, Chris Anderson, David Sally, Bukowy Las
4. Antykruchość, Nassim Taleb, Kurhaus

Kategoria: PROCES PODEJMOWANIA DECYZJI

1. Sztuka podejmowania decyzji, czyli dlaczego mądrzy ludzie dokonują złych wyborów, Gary Klein, OnePress
2. Niewidzialny goryl, czyli dlaczego intuicja nas zwodzi, Christopher Chabris, Daniel Simons, Laurum (recenzja)
3. Siła nawyku, Charles Duhigg, PWN
4. Najważniejsza rzecz, Howard Marks, MT Biznes  (recenzja)
5. Intuicja, czyli mądrość uczuć, Gerald Traufetter, WAB
6. Impuls, czyli jak podejmować właściwe decyzje dotyczące zdrowia, dobrobytu i szczęścia, Richard Thaler, Cass Sunstein, Zysk i S-ka

Kategoria: PSYCHOLOGIA

1. Halucynacje, Oliver Sachs, Zysk i S-ka  (recenzja)
2. 50 wielkich mitów psychologii popularnej, Scott Lilienfeld, Steven Jay Lynn, John Ruscio, Barry Beyerstein
3. Pozytywna psychologia porażki, Paweł Fortuna, GWP
4. Dawaj i bierz, Adam Grant, Muza
5. Jak myśleć mniej o pieniądzach, John Armstrong, OLE, Foksal
6. Kolosy na glinianych nogach, czyli studium guru, Anthony Storr, WAB
7. Ruletka nawyków, czyli jak przechytrzyć swój mózg, David McRaney, PWN
8. Dziwnologia, czyli odkrywanie wielkich prawd w rzeczach małych, Richard Wiseman, WAB
9. 59 sekund, Richard Wiseman, WAB (audiobook)

Kategoria: BIZNES

1. Rework, Jason Fried, David Hansson, OnePress  (recenzja)
2. Tworzenie modeli biznesowych, A. Osterwalder, Yves Pigneur, OnePress  (recenzja)
3. Praktyczne lekcje zarządzania projektami, Michał Kopczewski, OnePress  (recenzja)
4. Jak być dobrym sprzedawcą, Daniel H. Pink, StudioEmka  (recenzja)
5. Sekrety amerykańskich milionerów, Thomas Stanley, William Danko, Fijorr
6. Efekt wirusowy w biznesie, Jonah Berger, MT Biznes  (recenzja)
7. Tajemniczy mistrzowie XXI wieku, Hermann Simon

Kategoria: EKONOMIA

1. To boli, czyli o tym, co należy wiedzieć o pieniądzach, i o tym, dlaczego jest to najważniejsze,, niż się wam wydaje, Paul Knott, Linia,   (recenzja)
2. Rynkowy umysł, Michael Shermer, CIS
3. 23 rzeczy, których nie mówią ci o kapitalizmie, Ha-Joon Chang, Krytyka Polityczna
4. Sekrety ekonomii, Tim Harford, WL

Kategoria: LITERATURA POPULARNONAUKOWA

1. Wszechświat z niczego, czyli dlaczego istnieje raczej coś niż nic, Lawrence M. Krauss, Prószyński (recenzja)
2. Robot w papilotach, Mark Stevenson, Carta Blanca  (recenzja)
3. Nadchodzi osobliwość, Ray Kurzweil, Kurhaus  (recenzja)
4. Beztroskie jedzenie, Brian Wansink, Mind  (recenzja)
5. Co napawa nas optymizmem, red. John Brockman, Smak Słowa  (recenzja)
6. Ekscentryczne teorie, oszustwa i maniactwa naukowe, Martin Gardner
7. Leksykon niewiedzy, czyli to, na co dotychczas nie znamy odpowiedzi, Kathrin Passig, Aleks Scholz, WAB  (recenzja)
8. Geografia myślenia, Richard Nisbett, (ebook)
9. Rewolucja w wychowaniu, Po Bronson, Ashley Merryman, Świat Książki
10. Matemagia, czyli tajniki pamięciowej matematyki, Arthur Benjamin, Michael Shermer, (recenzja)
11. Kłamstwa, przeklęte kłamstwa i nauka, Sherry Seethaler, SoniaDraga (recenzja)

Kategoria: INNE

1. Wyż nisz, Bartek Chaciński
2. Gen ciekawości, czyli rozmowy z wybitnymi naukowcami
3. A co ciebie obchodzi, co myślą inni, Richard Feynman, Znak
4. Jak być wolnym, Tom Hodgkinson, WAB
5. Pisać skutecznie, Tomasz Wróblewski, Ewa Wilcz-Grzędzińska, Ossolineum

Unikajcie porad ludzi sukcesu, czyli błąd selekcji danych w praktyce

Dlaczego przedsiębiorca, który odniósł niebotyczny sukces, nie powinien uczyć innych, jak dokonać tego samego? Odpowiedź jest prosta. O ile jego wskazówki, co należy robić, mogą brzmieć wiarygodnie, to trudno się spodziewać, by wiedział on, czego nie powinno się robić i co stoi na przeszkodzie na drodze do sukcesu. Tę wiedzę posiadają zamiast tego wszyscy ci, którzy ponieśli w biznesie porażkę. I to oni są wiarygodnym źródłem błędów, jakie można popełnić, prowadząc własny biznes. Problem w tym, że historie sukcesu są powszechnie dostępne w formie artykułów, książek i szkoleń, a historie porażek, których jest zdecydowanie więcej, najczęściej są nieznane, zapominane lub pomijane. Tym samym historie sukcesu są nadmiernie reprezentowane w stosunku do historii porażek. Nassim Taleb w “Antykruchości” ilustruje to następującą refleksją: “Informacje mają pewną przykrą własność: ukrywają porażki. Wielu ludzi przyciągnął na rynki finansowe sukces sąsiada, który wzbogacił się na giełdzie i zbudował sobie ogromną willę po drugiej stronie ulicy. Jednakże porażki są zwykle ukrywane i nikt o nich nie słyszy, dlatego inwestorzy przeszacowują swoje szanse na sukces” [1].

Żeby zrozumieć w pełni zakres tytułowego błędu poznawczego, należy się najpierw przyjrzeć czynnikom odpowiedzialnym za sukces. Jest ich oczywiście zbyt wiele, by próbować je wszystkie zebrać w jednym artykule, ale na pewno można wyodrębnić cztery podstawowe przesłanki sukcesu [2]. Będą to:

- kontekst – sukces zależy od warunków rynkowych, od konkurencji, od odpowiedniego momentu wejścia na rynek, czyli od czynników, które nie zależą bezpośrednio od nas, przedsiębiorców, i co się z tym wiąże, literalne podążanie za radami ludzi sukcesu i staranie się powtórzenia ich sukcesu zawsze będzie się kończyć porażką, bo będziemy działać w innym kontekście, w odmiennych uwarunkowaniach rynkowych,
- unikalność: każdy biznes jest inny, dlatego nawet jeśli chcielibyśmy odtworzyć czyjś biznes krok po kroku, to nam się nie uda, bo – patrz kolejny punkt:
- mnogość czynników: wystarczy zmiana jednego parametru spośród tysięcy obecnych, by uzyskać inne rezultaty,
- zmienność: punkty oparcia ulegają ciągłej zmianie (przykłady: zmiany legislacyjne, zmiany w cyklach gospodarczych, zmiany polityczne) – w efekcie jeden przedsiębiorca wykorzysta szansę rynkową, a stu innych, którzy będą chcieli pójść w jego ślady, i którzy będą działać na ciut innych zasadach, już takiego sukcesu nie odniesie.

Ktoś, kto odniósł sukces, zazwyczaj o źródłach swojego sukcesie będzie wiedzieć niewiele. To zaskakujące, ale tak jest, i to z prostego powodu. Opowieść biznesmena o jego sukcesie będzie bowiem koncentrowała się na kamieniach milowych, które pchnęły jego biznes na nowe tory. Jednak taka opowieść nie będzie uwzględniała czynników, zazwyczaj niewidocznych, które miały decydujące znaczenie dla jego biznesu, a były bądź całkowicie losowe, bądź pojawiły się w odpowiednim czasie i odpowiednim miejscu. Znamiennym przykładem jest choćby historia sukcesu Billa Gatesa: gdyby tylko jeden z czynników, które zadecydowały o jego sukcesie, był nieco inny, ktoś inny dzisiaj byłby na jego miejscu. Mam na myśli takie czynniki jak rodzice Gatesa i ich bliskie kontakty z szefostwem IBM; możliwość korzystania przez niego z komputerów, gdy te nie były jeszcze szeroko dostępne; czy fakt urodzenia i przebywania Gatesa w USA w okresie, gdy technologie komputerowe właśnie nabierały rozpędu. To się nazywa urodzić się, a potem rozwijać się i swoje pomysły, w odpowiednim miejscu i w odpowiednim czasie.

Jeszcze gorzej sprawa wygląda, gdy jako obserwator zewnętrzny wyciągamy wnioski jedynie z dostępnych danych, z pominięciem tych, które są niewidoczne, usunięte lub przeoczone. Poniżej kilka przykładów:

1/ Słynna historia z okresu II Wojny Światowej, gdy zespół naukowców otrzymał zadanie zwiększenia szans na dotarcie bombowców do bazy po przeprowadzonej akcji. Po przeanalizowaniu uszkodzeń obecnych na samolotach, które powróciły do bazy, zasugerowano, aby wzmocnić konstrukcję samolotów w miejscach, gdzie uszkodzeń, czyli otworów po pociskach, było najwięcej. Abraham Wald, specjalista od statystyki, był odmiennego zdania, i okazało się, że miał rację. Zauważył on, że do analizy wzięto jedynie samoloty, które do bazy wróciły, pomijając te, które zostały zestrzelone, co okazało się klasycznym przykładem błędu selekcji danych [3], nazywanym też błędem przeżywalności [4] (ang. survivorship bias [5]). Należało bowiem wzmocnić te fragmenty samolotów, na których było najmniej śladów po pociskach, a te z największą ilością takowych okazały się po prostu najbardziej odporne na ostrzał. Więcej na temat tu [6] i tu [7].

2/ Wydaje nam się, że stosunkowo łatwo napisać książkę, która odniesie sukces. Bo hasło “bestseller książkowy” kojarzy nam się z konkretnymi, popularnymi pisarzami. Nie wiemy jednak, ilu pisarzy, nawet bardzo dobrych, bez powodzenia próbowało ze swoimi manuskryptami dotrzeć do wielkich wydawców. Prawdopodobnie więcej niż 99 procent ogółu wszystkich pisarzy nigdy nie doczekało się druku swojej książki.

3/ Uważamy, że dwadzieścia, trzydzieści lat temu produkowane samochody były solidniejsze niż obecnie, mimo że wszelkie dane wskazują jednoznacznie, że dzisiejsze auta są bezpieczniejsze i mniej wadliwe. Skąd więc ten rozdźwięk? Bo koncentrujemy się na opowieściach o pojedynczych egzemplarzach długowiecznych Mercedesów czy Volkswagenów, które swój doskonały stan zawdzięczają albo a/pedantycznym właścicielom, przesadnie dbającym o ich stan, albo b/ kierowcom rzadko i mało eksploatującym swe auta, albo c/ wyjątkowo bezawaryjnym częściom (zgodnie z krzywą Gaussa, znikoma ilość samochodów schodząca z linii produkcyjnych będzie idealna i bezawaryjna przez długie lata), albo wszystkim trzem czynnikom naraz.

4/ W pracach analizujących indeksy giełdowe oraz strategie biznesowe zazwyczaj nie bierze się pod uwagę spółek, które zbankrutowały lub które nie spełniają predefiniowanych kryteriów, co mocno wypacza końcowy wynik. Jednym z najbardziej znanych przykładów błędu selekcji danych pojawił się w słynnej publikacji biznesowej, “Od dobrego do wielkiego” Jima Collinsa. Nie dość, że do analizy najlepiej zarządzanych spółek zostały wybrane firmy, które z przeciętnych firm stały się liderami w swoich branżach. Problem w tym, że spośród 1435 firm Collins wybrał do analizy tylko te, które spełniały jego warunki (przez długi okres niezmiennie dawały stopę zwrotu wyższą niż indeksy giełdowe), a na dodatek niedługo po publikacji książki dwie z jedenastu analizowanych przez niego spółek zbankrutowały (Fannie Mae i Circuit City) [8], a reszta radziła sobie gorzej niż indeksy giełdowe, co sprawiło, że wiarygodność książki (i metodologia doboru spółek do analizy) spadła do zera.

Jakie konsekwencje niesie ze sobą ten błąd poznawczy? Oprócz tych wspomnianych już wyżej, dodam jeszcze jedną, i chyba najważniejszą. Otóż błąd selekcji danych powoduje, że przeceniamy prawdopodobieństwo odniesienia sukcesu, a zarazem zaniżamy prawdopodobieństwo poniesienia porażki. Dlatego prawda jest taka, że większość historii sukcesu nie ma dla nas żadnej wartości, jeśli chodzi o naszą własną karierę czy firmę.

Zainteresowanych tematem polecam wykład Davida McRaneya, autora wydanej w Polsce książki, “Ruletka nawyków” [9]:

[1] Antykruchość, Nassim Taleb, Kurhaus Publishing, 2012, str. 415
[2] Cztery czynniki na podstawie: http://intenseminimalism.com/2013/dont-listen-to-successful-people/
[3] “Błąd selekcji danych” to propozycja spolszczenia angielskiego terminu “survivorship bias” w wykonaniu Trystero, inwestora i blogera finansowego – http://blogi.ifin24.pl/trystero/2010/12/18/survivorship-bias-na-przykladzie/
[4] “Błąd przeżywalności” to z kolei propozycja spolszczenia tego terminu przez Agnieszkę Dąbek-Malczyk, tłumaczkę książki “Sztuka jasnego myślenia” Ralfa Dobelli’ego (link do recenzji).
[5] http://en.wikipedia.org/wiki/Survivorship_bias
[6] http://youarenotsosmart.com/2013/05/23/survivorship-bias/
[7] http://en.wikipedia.org/wiki/Abraham_Wald
[8] Pierwszy zauważył tę rozbieżność Steven Levitt, współautor książki “Freakonomia” (link do recenzji):
http://freakonomics.com/2008/07/28/from-good-to-great-to-below-average/
[9] Ruletka nawyków, David McRaney, PWN, 2013

Sygnał i szum – Nate Silver – recenzja

Z analiz firmy IBM wynika, że 90 procent danych powstałych w całej historii ludzkości to efekt zaledwie ostatnich dwóch lat, a dziennie ludzkość “wzbogaca się” o kolejne 2,5 tryliona bajtów [1]. Jednakże, jak twierdzi Nate Silver [2], ten ogromny przyrost nowych informacji nie oznacza, że jako ludzkość wiemy więcej. Wręcz przeciwnie, coraz bardziej gubimy się w chaosie i natłoku nowych danych, których nikt nie jest obecnie w stanie przetworzyć w takim stopniu, aby wyciągnąć z nich sensowne i wiarygodne wnioski.

Co więcej, Silver zwraca nam uwagę na fakt, że im więcej danych mamy dostępnych, tym więcej pojawia się zmiennych, jednak wartościowych informacji (nowej wiedzy) przybywa znacznie wolniej niż związków statystycznych między nimi. Innymi słowy, wraz ze wzrostem ilości danych, rośnie ich złożoność, a równocześnie w postępie wykładniczym rośnie ilość korelacji. I tu pojawia się największa pułapka. Bo analizując dane i doszukując się związków przyczynowo-skutkowych, eksperci i naukowcy coraz częściej postrzegają szum (informacje nieistotne) za sygnał (informacje istotne), co prowadzi z kolei do błędnych wniosków i marnych teorii. Silver ujmuje to dosadnie: “Większość produkowanych codziennie danych to zwykły szum, którego natężenie rośnie znacznie szybciej niż natężenie sygnału. Jest mnóstwo hipotez do sprawdzenia i zbiorów danych do przeanalizowania, ale ilość obiektywnej prawdy pozostaje w zasadzie niezmienna”.[3]

sygasz

Źródło: Wydawnictwo OnePress

Zarysowana powyżej koncepcja okazała się idealnym punktem wyjścia do napisania jednej z najciekawszych książek ostatnich lat. Jej autorem jest najbardziej znany obecnie ekspert od statystyki w Ameryce, Nate Silver. Po ukończeniu prestiżowego Uniwersytetu Chicagowskiego i nie mniej elitarnej London School of Economics, na początku kariery pracował jako księgowy w korporacji KPMG, by następnie opracować pionierski system PECOTA do analizy statystycznej wyników i osiągnięć zawodników ligi bejsbolowej, który przyniósł mu uznanie w środowisku analityków sportowych. Niedługo potem jego zainteresowania statystyczne znalazły ujście w innej dziedzinie, czyli w polityce. I tu nastąpiła eksplozacja jego talentu. Najpierw jako felietonista piszący pod pseudonimem, a następnie jako redaktor własnego bloga, FiveThirtyEight.com, zyskał prawdziwą i zasłużoną sławę jako autor niezwykle trafnych prognoz wyborczych. W 2008 roku, podczas wyborów prezydenckich, udało mu się wskazać zwycięzcę w 49. z 50. stanów. Warto jednak dodać, że nie wskazuje on jednoznacznie faworyta, tylko określa procentowe prawdopodobieństwo różnych wyników, co najlepiej ilustruje wykres dotyczący zwiększenia liczby mandatów Partii Republikańskiej w wyborach z 2010 roku [4]. Jego prognoza okazała się trafna, ale tylko dlatego, że faktyczne wyniki wyborów zmieściły się w najbardziej prawdopodobnym przedziale prognozowanych przez niego wyników. Jak to później podsumował: “szeroki rozkład wyników uczciwie odzwierciedlał niepewność realnego świata. A [...] prognozowanie konkretnego wyniku było szaleństwem.’[5]

“Sygnał i szum” to książka wielowarstwowa, obrazująca złożoność świata i ukazująca pułapki związane z jego analizowaniem. Zarazem to doskonałe wprowadzenie w skomplikowane zagadnienia związane ze statystyką i prawdopodobieństwem. Wbrew pozorom, to wiedza nie abstrakcyjna i mało przydatna, ale wręcz niezbędna do rozumienia wielu zjawisk, a w niektórych przypadkach ratująca niejedno życie [6]. Każdy z rozdziałów poświęconych jest dogłębnej analizie jednego z takich tematów jak prognozy wyborcze, efekt cieplarniany czy prognozy meteorologiczne. A wszystko w ramach klarownej struktury: rozdziały 1-7 dotyczą problemów związanych z prognozowaniem, a kolejne 6 rozdziałów zajmuje się analizą i zastosowaniem teorii Bayesa.

Dla mnie recenzowana tu książka to jedna z tych lektur, które czyta się zachłannie, a po ich zakończeniu żałujemy, że to już koniec. Na szczęście można ją czytać bez końca. A zważywszy na mnogość zajmujących tematów, co jakiś czas czytam wyrywkowo ulubione rozdziały. Na przykład ten poświęcony rozgrywce Gary’ego Kasparowa z superkomputerem Deep Blue. Albo ten o naukowcach próbujących prognozować trzęsienia ziemi. Krótko mówiąc, jedna z najlepszych i najbardziej wartościowych książek, jak czytałem w tym roku.

[1] “Sygnał i szum. Sztuka prognozowania w erze technologii”, Nate Silver, OnePress, 2014, str. 21
[2] http://en.wikipedia.org/wiki/Nate_Silver
[3] “Sygnał i szum. Sztuka prognozowania w erze technologii”, Nate Silver, OnePress, 2014, str. 21
[4] ibidem, str. 66
[5] ibidem, str. 66
[6] http://wyborcza.pl/1,137662,17000749,Nieznajomosc_matematyki_zabija.html

Spis treści:
Wprowadzenie (11)
1. Katastrofalna nieumiejętność prognozowania (27)
2. Czy jesteś mądrzejszy od pana z telewizji? (53)
3. Liczą się tylko zwycięstwa i przegrane (77)
4. Przez lata mówiliście nam, że deszcz jest zielony (109)
5. Desperackie poszukiwanie sygnału (139)
6. Jak utonąć w łyżce wody (169)
7. Wzór do naśladowania (195)
8. Błądzić coraz mniej (219)
9. Bunt przeciwko maszynom (245)
10. Pokerowa bańka (273)
11. Przechytrzyć rynek (305)
12. Klimat zdrowego sceptycyzmu (343)
13. Niewiedza bywa szkodliwa (381)
Zakończenie (411)
Przypisy (419)

Oficjalna strona wydania polskiego:
http://onepress.pl/ksiazki/sygnal-i-szum-sztuka-prognozowania-w-erze-technologii-nate-silver,sygasz.htm

Autor: Nate Silver
Tytuł: Sygnał i szum. Sztuka prognozowania w erze technologii.
Tytuł oryginału: The Signal and the Noise: Why So Many Predictions Fail – but Some Don’t
Tłumaczenie: Michał Lipa
ISBN: 978-83-246-9122-7
Format: 158×235
Rok wydania: 2014

Dziękuję redakcji wydawnictwa OnePress za udostępnienie egzemplarza recenzenckiego.

MBA w dziesięć dni – Steven Silbiger – recenzja

Pomysł na książkę – znakomity, realizacja – bez zarzutu, ale założenia – nierealistyczne. Jak łatwo można się domyślić, cały koncept rozbija się o tytułowe “dziesięć dni”. Trzeba przyznać, że marketingowo zostało to rozegrane świetnie, w końcu tytuł jest chwytliwy i przyciągający uwagę. W końcu któż by nie chciał, i to niemal za darmo, w porównaniu do kosztu studiów MBA, w szybkim czasie posiąść całą niezbędną wiedzę w zakresie zarządzania przedsiębiorstwem? Jednak w praktyce zapoznanie się w tak krótkim czasie z programem realizowanym zwykle w dwa lata jest po prostu niewykonalne. Co więcej, to tylko książka, to tylko tekst. A przecież studia MBA cenione są głównie za możliwość nawiązania kontaktów biznesowych, które procentują potem przez cały okres kariery zawodowej.

Wracając do zawartości. Jest tu dosłownie wszystko, co jest niezbędne do prowadzenia biznesu. Każdy z dziewięciu głównych tematów, czyli marketing, etyka, rachunkowość, nauka o organizacji, analiza ilościowa, finanse, zarządzanie operacyjne, ekonomia i strategia, zostały dokładnie omówione i przeanalizowane. Ale poza samą treścią ta 500-stronicowa cegła ma jeszcze jedną wielką zaletę. Otóż pokazuje ona ogrom wiedzy, która jest wymagana na różnych etapach prowadzenia firmy. A im większa firma, tym szerszy zakres wiedzy jest wręcz niezbędny.

mba-10-dni_2571
Źródło: Wydawnictwo MT Biznes

Ale rzeczywistość wygląda zgoła inaczej niż sugeruje zawartość i układ książki. W praktyce wiedzę o prowadzeniu biznesu zdobywa się stopniowo, zazwyczaj na zasadzie prób i błędów, dlatego założenie, że w kilkanaście, czy nawet w kilkadziesiąt dni, można ogarnąć wszystkie aspekty biznesu, jest mało realistyczne. Co równie ważne, nie znam żadnego przedsiębiorcy, który miałby w małym malcu całą wiedzę opisaną w tej książce. Bo jeden człowiek może, i najczęściej powinien, zostać specjalistą w wąskiej dziedzinie, a szef czy dyrektor tylko koordynuje całym przedsięwzięciem. Dlatego im większa firma, tym bardziej upodabnia się ona do korporacji, gdzie każdy z kluczowych pracowników odpowiada za konkretny dział.

I jeszcze jeden zarzut wobec autora. Brakuje studiów przypadku, czyli tego, z czego najbardziej słyną studia MBA. W efekcie w książce upchnięto tak dużo teorii, że z każdą kolejną stroną staje się ona coraz bardziej monotonna. I to mimo wartościowych treści, co do których nie ma jak się przyczepić. Zastanawiam się też, do kogo właściwie jest skierowana ta lektura. Dla czytelników, których nie stać na studia MBA? Być może, ale gwarantuję, że zapoznanie się z tą książką ma tyle wspólnego z rzeczywistą nauką w ramach stacjonarnego MBA co zapoznanie się z instrukcją obsługi smartfona, gdy takowego nawet nie posiadamy. W sumie będziemy wiedzieli, jak go obsługiwać, ale skoro go nie posiadamy, nie mamy jak tej wiedzy przetestować. Zważywszy na ten ostatni argument, “MBA w dziesięć dni” wygląda mi raczej na powtórkę z materiału dla absolwentów tego rodzaju studiów, ewentualnie dla kadry menedżerskiej, która nie ma czasu na dalsze studiowanie. W każdym razie doświadczony menedżer nie znajdzie tu nic nowego, a początkujący może dostać rozdwojenia jaźni, jeśli chciałby opanować zawarty tu materiał w 10 dni.

Najważniejsze na koniec: książka sprzedała się w niemal półmilionowym nakładzie na całym świecie. A o to przecież chodzi wydawcom. Jest więc sukces, są czytelnicy, więc o co chodzi? Jak dla mnie to kolejne, dosyć suche kompendium wiedzy, z którego użytek niewielki, jeśli nie zastosujemy tej wiedzy w praktyce. A to byłoby możliwe tylko w dużej firmie lub w korporacji. Jednak specjaliści tam pracujący zazwyczaj posiadają już wysokie kwalifikacje, odpowiednie wykształcenie kierunkowe i dyplom którejś uczelni MBA. Pozostają więc dwa pytania bez odpowiedzi: do kogo adresowana jest ta książka, i czemu tak wielu czytelników ją kupiło? Czyżby uwierzyli w tytuł, będący ziszczeniem najskrytszych marzeń każdego copyrightera?

 

Autor: Steven A. Silbiger
Tytuł: MBA w dziesięć dni
Oficjalna strona wydania polskiego:
http://www.mtbiznes.pl/b1489-mba-w-dziesiec-dni.htm
Wydawnictwo:  MT Biznes
Rok wydania:  2014
Ilość stron:  502
ISBN: 978-83-7746-985-9

Dziękuję redakcji Wydawnictwa MT Biznes za udostępnienie egzemplarza recenzenckiego.

 

Najważniejsza rzecz – Howard Marks – recenzja

Skoro Warren Buffet, inwestor o największych sukcesach i miliardowych zyskach, zachwala książkę innego autora, to wobec tego powinniśmy się spodziewać lektury nie tylko wybitnej, ale przede wszystkim zgodnej z wyznawaną przez niego samego filozofią. Intuicja czytelnicza tym razem mnie nie zawiodła, a książka faktycznie okazała się fascynującym wprowadzeniem w filozofię inwestycyjną najwyższej próby. “Najważniejsza rzecz” to pozycja obowiązkowa dla każdego, kto zajmuje się inwestowaniem w jakiejkolwiek formie, lub dopiero przymierza się do zakupu pierwszej akcji lub jednostki funduszu inwestycyjnego.

Punktem wyjścia do rozważań autora jest stwierdzenie, że udane inwestowanie to nic innego jak “radzenie sobie lepiej niż rynek i inni inwestorzy“[1]. A droga do tak postawionego celu może być dwojaka: albo będziemy liczyli na szczęście, albo będziemy mieć lepszy osąd niż pozostali uczestnicy rynku. Oczywiście, że szczęście może nam od czasu do czasu pomagać, ale autor przypomina, że nie da się na nim zbudować żadnej sensownej strategii. Zostaje nam więc tylko dobry osąd, i to właśnie o nim jest w zasadzie cała książka. Raz nazywany jest on zwyczajnie spostrzegawczym myśleniem, innym razem wyczuciem wartości, jednak najczęściej autor używa sformułowania “myślenie drugiego poziomu“. Howard Marks rozumie przez to umiejętność myślenia o kwestiach, które inni pominęli w swoich analizach, a także umiejętność zachowywania się odwrotnie do większości inwestorów, zwłaszcza na szczytach bessy i hossy. Jest oczywiste, że sztuka ta udaje się tylko nielicznym, jednak, jak twierdzi autor, swoje sukcesy jako prezes i współwłaściciel Oaktree Capital Management, firmy inwestycyjnej zarządzającej 80 miliardami dolarów, zawdzięcza właśnie tej strategii. Tam, gdzie inni widzą spółki tanie, on szuka spółek o zaniżonej wartości. Tam, gdzie inni kupują spółki na przegrzanych rynkach, on już wcześniej zamienił akcje na gotówkę. A jeśli prawdą jest, to co pisze, a wszelkie dane dostępne w internecie zdają się potwierdzać jego wiarygodność, to Howard Marks ma dla inwestorów sporo cennych lekcji.

Jedną z nich jest uświadomienie sobie prostego, ale jakże ważnego faktu, że rzeczywistość charakteryzuje się cyklicznością zjawisk. “Niewiele jest rzeczy” – podkreśla Marks – “których jestem pewien, ale oto, co wiem na pewno: cykle zawsze ostatecznie biorą górę. Nic nie idzie wiecznie w jednym kierunku. Drzewa nie dorastają do nieba. Niewiele rzeczy spada do zera [2]“. A skoro cykliczność jest regułą, a nie wyjątkiem, o czym świadczą okresowo pojawiające się hossy i bessy, dla Marksa jest ona doskonałą okazją inwestycyjną, bo “niektóre z największych możliwości zysku i straty pojawiają się wtedy, kiedy ludzie zapominają o zasadzie numer jeden”[3], czy właśnie o fakcie cykliczności. Ponadto, to właśnie cykliczność odpowiada za wahadłowy ruch rynków finansowych, które cały czas balansują między euforią a depresją oraz między przeszacowywaniem a niedoszacowywaniem [4]. Jednak i tu autor wtajemnicza nas w swoje sprawdzone strategie, co do których ma stuprocentową pewność (i trudno się z nim nie zgodzić), mówiąc, że skrajne zachowanie rynku zawsze się kiedyś odwróci, “a ci, którzy wierzą, że wahadło będzie poruszać się w jednym kierunku wiecznie, ostatecznie stracą ogromne sumy” [5].

najwazniejsza-rzecz_9328

Źródło: Wydawnictwo MT Biznes

Zdaniem Marksa, większość inwestorów można scharakteryzować określeniem “naśladowcy trendów”, którzy podążają za wskazaniami rynkowego wahadła. Więc jeśli stawiasz sobie za cel osiągnięcie wyższej stopy zwrotu niż przeciętna dla danego rynku, to musisz działać i reagować wbrew popularnym i typowym zachowaniom inwestorów. Jakie działania powinniśmy jednak podejmować, by wykształcić w sobie taką umiejętność? Odpowiedź kryje się w dziewiętnastu rozdziałach, z których każdy zawiera tytułową “najważniejszą rzecz”. Tytuł jest więc nieco mylący, bo książka nie traktuje o jednej strategii, tylko o kilkunastu, z których każda jest tak samo ważna, a pominięcie jednej z nich, zdaniem Marksa, może zrujnować cała naszą strategię i doprowadzić do ogromnych strat.

Autor na szczęście nie zajmuje się w “Najważniejszej rzeczy” technicznymi kwestiami inwestowania. Nie znajdziemy tu więc żadnych wykresów, wyliczeń czy przykładowych analiz wybranych spółek. Zamiast tego autor z dużą wprawą kataloguje i wyjaśnia najważniejsze błędy poznawcze i pułapki psychologiczne, jakie czyhają na nieroztropnych inwestorów. Do tego dorzuca garść trafnych spostrzeżeń związanych z szacowaniem ryzyka, inwestowaniem defensywnym, znajdowaniem okazji i inwestowaniem na podstawie wartości spółek, a nie ich bieżących, i zwodniczych zarazem, cen giełdowych. Co prawda adresatem książki są głównie pracownicy instytucji finansowych, a zwłaszcza działów inwestycyjnych, niemniej jednak indywidualny inwestor także znajdzie tu bezcenne strategie i absolutne podstawy, od których zależy nie tylko sukces inwestycyjny, ale też bezpieczeństwo pieniędzy inwestowanych w akcje i inne instrumenty finansowe. Naprawdę warto, jak mówią klasycy.

Źródła:
[1] “Najważniejsza rzecz”, Howard Marks, MT Biznes, 2012, str. 16
[2] str. 97
[3] str. 97
[4] str. 106
[5] str. 112

Spis treści:

Wstęp                        9
Najważniejsza rzecz to…
1. Myślenie drugiego poziomu            15
2. Zrozumienie efektywności rynku (i jego ograniczeń)    23
3. Wartość                    35
4. Relacja pomiędzy ceną a wartością            45
5. Zrozumienie ryzyka                53
6. Rozpoznawanie ryzyka                71
7. Kontrolowanie ryzyka                85
8. Wyczulenie na cykle                97
9. Świadomość wahadła                105
10. Zwalczanie negatywnych wpływów            113
11. Kontrarianizm                    127
12. Znajdowanie okazji                139
13. Cierpliwy oportunizm                149
14. Wiedzieć, czego się nie wie            161
15. Mieć wyczucie tego, gdzie się znajdujemy        171
16. Docenianie roli szczęścia                183
17. Inwestowanie defensywne            193
18. Unikanie pułapek                207
19. Dodawanie wartości                223
20. Zebranie tego wszystkiego razem            231

Oficjalna strona wydania polskiego:
http://www.mtbiznes.pl/b1139-najwazniejsza-rzecz.htm

Wydawnictwo:  MT Biznes
Rok wydania:  2012
Ilość stron:  238
ISBN:  978-83-7746-166-2

Dziękuję redakcji Wydawnictwa MT Biznes za udostępnienie egzemplarza recenzenckiego.

Jak zostać mistrzem. Trening doskonałości – Robert Greene – recenzja

Istnieją dwa rodzaje pisarzy. Tacy, którzy podczas pisania nie zawracają sobie głowy czytelnikami, i tacy, którzy każdy aspekt pisania podporządkują nadrzędnemu celowi, jakim jest sprzedać jak najwięcej egzemplarzy. To pierwsze podejście cechuje, wbrew pozorom, nie tylko poetów i uduchowionych artystów, ale też dziesiątki tysięcy pisarzy-amatorów, którzy albo mają słaby warsztat literacki, albo wybierają mało zajmujące tematy, albo nie potrafią wylansować się w mediach, głównie społecznościowych. Natomiast drugie podejście, aż do przesady profesjonalne, oznacza, że autor nieustannie doskonali swoje umiejętności, przed rozpoczęciem pisania wybiera najbardziej medialne lub kontrowersyjne tematy, studiując je przez wiele miesięcy, a zarazem świetnie odnajduje się w działaniach marketingowych. Robert Greene [1] należy do tej drugiej grupy.

Wystarczy wymienić tytuły książek, które do tej pory napisał. Mamy więc “Sztukę uwodzenia”, “48 zasad władzy”, “33 strategie wojny”, i omawiane tu “Jak zostać mistrzem”. Każda z nich została pomyślana jako bestseller, jeszcze na długo przed napisaniem pierwszej linijki. I nie tylko wyraziste tytuły, wyraźnie ukierunkowane na specyficznego czytelnika, sugerują taki zamiar. Nie można bowiem pominąć faktu, iż Robert Greene od dawna współpracuje z Ryanem Holidayem [2]. A to wyjaśnia wiele. Holiday jest bodajże najbardziej kontrowersyjnym marketerem w branży wydawniczej w USA. Rozgłos przyniosła mu książka  “Trust me, I’m lying. Confessions of a media manipulator”, w której opisuje sztuczki marketingowe, jakich używał podczas promowania książek, filmów, firm i osób. A dodajmy, chwyty te były co najmniej wątpliwe etycznie, bo Ryan oszukiwał w zasadzie wszystkie media, jeśli tylko dzięki temu mógł zwiększyć zasięg swojego przekazu. Jak pisze we wspomnianej książce, wysyłał blogerom sfałszowane zdjęcia i raporty czy nawet podszywał się pod inne osoby. A teraz weźmy pod uwagę fakt, iż sam Robert Greene przyznaje, że wiele zawdzięcza Ryanowi Holidayowi, a ten z kolei wymienia Greene’a jako jeden z jego największych sukcesów marketingowych. W końcu skoro pięć książek Greene’a sprzedało się w ponadmilionowym nakładzie, to dla osoby odpowiedzialnej za marketing i PR autora to tylko powód do dumy.

GENIUS

Źródło: Wydawnictwo Helion

Książka do wybitnych z pewnością nie należy. Główne zastrzeżenie to toporne zdania, i nie jest to wina tłumacza. Porównywałem z oryginałem i mogę tylko stwierdzić, że i tak polskie tłumaczenie czyta się znacznie lepiej od oryginału. Wracając do meritum, Greene wziął na warsztat temat niesłychanie popularny, czyli tak zwaną drogę do mistrzostwa. Nie on pierwszy stara się analizować, jakie czynniki odpowiadają za sukces. I mimo że łatwo przy tym temacie wpaść w pułapkę błędów poznawczych, to muszę przyznać, że autorowi udało się napisać książkę, która na swój sposób wyraźnie wyróżnia się od innych tytułów z tego kręgu autorów. Greene skupił się bowiem na relacjach między mistrzem a uczniem, lub używając innej terminologii, na terminowaniu lub praktykach u osoby będącej wzorem do naśladowania. Osią książki są więc opowieści o mentorach i ich nad wyraz pojętnych uczniach, takich jak Faraday uczący się od Humphry’a Davy’ego, Carl Jung działający pod wpływem Zygmunta Freuda, czy Aleksander Wielki pobierający nauki od Arystotelesa.

W tym kontekście książka zawiera unikalny zestaw przymiotów, które charakteryzują genialnego nauczyciela, i które to mogą się przysłużyć pojętnemu uczniowi. Pozwalam sobie przytoczyć kilka dłuższych zdań, bo z jednej strony dobrze oddają charakter całej książki, a z drugiej zasługują na podkreślenie ze względu na ich trafność i wnikliwość:

- “Czasami okazuje się, że mentor uświadomi nam pewne rzeczy, których chcemy unikać lub przeciwko którym aktywnie się buntujemy”. [3]

- “Problem ze wszystkimi uczniami polega na tym, że nieodmiennie w pewnym miejscu się zatrzymują. Stykają się z pewną koncepcją, której potem kurczowo się trzymają aż do śmierci. Wmawiają sobie, że dostąpili prawdy.”[4]

- “Należy wymagać, aby mentor rzucał nam odpowiednie wyzwania, dzięki którym moglibyśmy odkryć własne mocne i słabe strony, a także zabiegać o jak największą ilość informacji zwrotnych, choćby najtrudniejszych do przyjęcia.”[5]

- “Jeżeli [...] w zbyt dużym stopniu poddamy się wpływowi mistrza i w ten sposób pozbawimy się wewnętrznej przestrzeni, w której mógłby dojrzewać i rozwijać się nasz indywidualny głos, nasze życie będzie toczyło się pod egidą pomysłów, które powstały gdzieś poza nami”[6]

Warto też wspomnieć, że książka jest wypełniona po brzegi masą faktów i nawiązań do źródeł historycznych. Jak zresztą sam autor twierdzi, “koncepcje przedstawione w tej książce opierają się na rozległych badaniach prowadzonych w dziedzinie neurobiologii i kognitywistyki, a także na badaniach nad kreatywnością oraz biografiach największych mistrzów w historii świata” [7]. I prawdopodobnie był to ten z czynników, który nadał tej książce etykietkę kompendium w temacie zdobywania mistrzostwa u boku wielkiego mentora. Nie powinno to dziwić z dwóch powodów. W branży wydawniczej powszechnie wiadomo, że im grubsza książka (zwłaszcza non-fiction), tym lepiej powinna się sprzedawać. Po drugie, Greene pisze w poradniku dla autorów, że przed rozpoczęciem pisania kolejnej pozycji czyta zwykle około 250 książek poświęconych zagadnieniu, któremu bez reszty zamierza się poświęcić w najbliższym czasie. Zastanawia tylko, dlaczego autor tak konsekwentnie unika cytowania źródeł – w książce nie znajdziemy ani jednego przypisu, za to na ostatnich stronicach znajdziemy wykaz niemal setki pozycji bibliograficznych.

I jeszcze dwa słowa o błędach poznawczych. Otóż nawet jeśli Greene trafnie scharakteryzował relacje na linii uczeń – mistrz, to musimy pamiętać, że zasady te sprawdziły się tylko w tych konkretnych przypadkach. W pozostałych, których były tysiące, ale o których nikt nigdy nie napisze książki, bo osoby te były albo mniej znane, albo dane o nich są niedostępne, mogło być dokładnie odwrotnie. W przypadku podobnej analizy, dokonanej jednak na firmach i ich prezesach w książce “Od dobrego do wielkiego”, Jim Collins przynajmniej oparł swoje analizy na danych empirycznych i statystycznych (a i tak grubo się pomylił), Greene musiał bazować tylko na książkach innych autorów i własnej wyobraźni. Dlatego w dużej mierze “Mistrzostwo” ociera się o regularną beletrystykę, zwłaszcza gdy autor w szczegółach rozpisuje się o konkretnych wydarzeniach z życia opisywanych w książce bohaterów.  Retrospektywne analizowanie czynników prowadzących do sukcesu przywołuje na myśl jeden z najczęściej popełnianych błędów poznawczych, a jest nim efekt pewności wstecznej [8]. Książka w “mistrzowski” sposób składa hołd odkrywcom tego błędu, czego najbardziej dobitnym świadectwem jest zdanie, jakim Greene raczy nas na samym początku lektury. W rozdziale poświęconym Leondardo da Vinci, autor mówi wprost: “gdy patrzy się na to z takiej perspektywy, wszystko w jego życiu nabiera sensu. [9]“. Panie Greene, w taki sposób można uzasadnić każdą tezę! Wystarczy dobrać odpowiednie argumenty (pomijając kontrargumenty), i hulaj dusza, każdy temat nabierze sensu.

[1] http://en.wikipedia.org/wiki/Robert_Greene_(American_author)
[2] http://en.wikipedia.org/wiki/Ryan_Holiday
[3] “Jak zostać mistrzem. Trening doskonałości”, Robert Greene, OnePress, 2014, str. 125
[4] ibidem, str. 127
[5] ibidem, str. 128
[6] ibidem, str. 131
[7] ibidem, str. 30
[8] http://pl.wikipedia.org/wiki/Efekt_pewno%C5%9Bci_wstecznej
[9] “Jak zostać mistrzem. Trening doskonałości”, Robert Greene, OnePress, 2014, str. 38

 

Informacje dodatkowe

Oficjalna strona książki w Polsce:
http://onepress.pl/ksiazki/jak-zostac-mistrzem-trening-doskonalosci-robert-greene,genius.htm#szczegoly

Oficjalna strona książki w USA – blog autora:

http://powerseductionandwar.com/

Tytuł oryginału: Mastery
Tłumaczenie: Magda Witkowska
Ilość stron: 332
Rok wydania: 2014
Wydawnictwo: Helion Sensus
ISBN: 978-83-246-6976-9

Spis treści:
WPROWADZENIE (15)
Esencja siły (15)
Ewolucja biegłości (19)
Klucze do biegłości (24)

1. POWOŁANIE, CZYLI ZADANIE ŻYCIOWE (33)

UKRYTA SIŁA (35)
KLUCZE DO BIEGŁOŚCI (39)
STRATEGIE POSZUKIWANIA ZADANIA ŻYCIOWEGO (43)
1. Powrót do źródeł. Strategia pierwotnej skłonności (44)
2. Nisza idealna. Strategia darwinowska (46)
3. Z dala od niewłaściwych dróg. Strategia buntu (50)
4. Przeszłość pozostawić za sobą. Strategia adaptacyjna (52)
5. Droga z powrotem. Strategia życia lub śmierci (54)
INNA DROGA (57)

2. GODZENIE SIĘ Z RZECZYWISTOŚCIĄ. TERMINOWANIE W WERSJI IDEALNEJ (61)

PIERWSZE PRZEOBRAŻENIE (63)
KLUCZE DO BIEGŁOŚCI (68)
FAZA TERMINOWANIA: TRZY KROKI – TRZY TRYBY (70)
Krok pierwszy. Dogłębna obserwacja – tryb pasywny (70)
Krok drugi. Zdobywanie umiejętności – tryb treningu (72)
Krok trzeci. Eksperymenty – tryb aktywny (76)
STRATEGIE DLA TERMINOWANIA DOSKONAŁEGO (79)
1. Nauka ważniejsza niż pieniądze (79)
2. Poszerzanie horyzontów (82)
3. Powrót do poczucia niższości (85)
4. Zaufanie do procesu (89)
5. Naprzeciw oporowi i bólowi (92)
6. Terminowanie w zakresie porażki (95)
7. Zestawianie elementów “co” i “jak” (98)
8. Kolejne próby i błędy (101)
INNA DROGA (104)

3. PRZEJMOWANIE SIŁY OD MISTRZÓW. DYNAMIKA PRACY Z MENTOREM (105)

ALCHEMIA WIEDZY (107)
KLUCZE DO BIEGŁOŚCI (114)
STRATEGIE POPRAWY DYNAMIKI W RELACJI MENTORSKIEJ (121)
1. Wybór mentora odpowiadającego naszym potrzebom i upodobaniom (121)
2. Głębokie spojrzenie w lustereczko mentora (125)
3. Nowe postacie pomysłów (129)
4. Dynamika typu “w przód i w tył” (131)
INNA DROGA (134)

4. POZNAWANIE PRAWDZIWEGO OBLICZA LUDZI. INTELIGENCJA SPOŁECZNA (137)

SPOJRZENIE DO WEWNĄTRZ (139)
KLUCZE DO BIEGŁOŚCI (145)
Wiedza szczegółowa – czytanie ludzi (149)
Wiedza ogólna – siedem faktów śmiertelnych (152)
STRATEGIE ROZWOJU INTELIGENCJI SPOŁECZNEJ (158)
1. Wyrażanie się poprzez pracę (159)
2. Kształtowanie odpowiedniego wizerunku (164)
3. Spojrzenie na siebie cudzymi oczami (168)
4. Cierpliwość wobec głupców (171)
INNA DROGA (175)

5. ROZBUDZANIE UMYSŁU WIELOWYMIAROWEGO. FAZA AKTYWNOŚCI I KREATYWNOŚCI (177)

DRUGIE PRZEOBRAŻENIE (179)
KLUCZE DO BIEGŁOŚCI (185)
Krok pierwszy. Zadanie kreatywne (189)
Krok drugi. Strategie kreatywne (191)
A. Podtrzymywanie zdolności negatywnej (191)
B. Pozytywny stosunek do przypadkowości (193)
C. “Prąd” jako siła zdolna odmienić umysł (197)
D. Zmiana perspektywy (200)
E. Powrót do pierwotnych form inteligencji (206)
Krok trzeci. Przełom kreatywny. Napięcie i olśnienie (209)
Pułapki emocjonalne (212)
STRATEGIE DLA FAZY KREATYWNOŚCI I AKTYWNOŚCI (215)
1. Autentyczny głos (216)
2. Znaczący fakt (220)
3. Inteligencja mechaniczna (225)
4. Potęga natury (229)
5. Wolna przestrzeń (234)
6. Wysoki poziom rozważań (238)
7. Ewolucyjne porwanie (241)
8. Myślenie wielowymiarowe (246)
9. Alchemiczna kreatywność a podświadomość (252)
INNA DROGA (255)

6. ZJEDNOCZENIE PIERWIASTKÓW INTUICYJNEGO I RACJONALNEGO. BIEGŁOŚĆ (257)

TRZECIE PRZEOBRAŻENIE (259)
KLUCZE DO BIEGŁOŚCI (265)
Źródła mistrzowskiej intuicji (271)
Powrót do rzeczywistości (276)
STRATEGIE DĄŻENIA DO BIEGŁOŚCI (279)
1. Kontakt ze środowiskiem. Kompetencje pierwotne (280)
2. Wykorzystywanie własnych atutów. Maksymalne skupienie (283)
3. Przeobrażenie poprzez praktykę. Pełne wyczucie (294)
4. Internalizacja szczegółów. Siła życiowa (298)
5. Poszerzanie wizji. Perspektywa globalna (303)
6. Podporządkowanie się. Perspektywa od wewnątrz (306)
7. Synteza wszelkich form wiedzy. Człowiek uniwersalny (312)
INNA DROGA (318)

BIOGRAFIE WSPÓŁCZESNYCH MISTRZÓW (321)

PODZIĘKOWANIA (327)

WYBRANA BIBLIOGRAFIA (329)

Dziękuję redakcji wydawnictwa Helion za udostępnienie egzemplarza recenzenckiego.

Like a Virgin – Richard Branson – recenzja

Istnieje mądre porzekadło, wedle którego uczymy się więcej z cudzych porażek niż z cudzych sukcesów. Dlatego z tak dużym trudem przyszło mi się zmierzyć z tą książką. Bo “Like a Virgin” to zbiór esejów i blogopodobnych notek, które niejako sugerują, że oto dowiemy się wreszcie tego, co do tej pory było poza zasięgiem studenta uczelni biznesowej czy menedżerskich studiów MBA. Podtytuł o treści “czego nie nauczą cię w szkole biznesu” jest przecież jednoznaczny. Tylko że to klasyczny przykład złudzenia zrozumienia [1]. A w przypadku Richarda Bransona, najbardziej rozpoznawalnego i najbardziej ekscentrycznego przedsiębiorcy na świecie, ten błąd poznawczy jest widoczny w całej krasie. Nikt, absolutnie nikt nie jest w stanie choćby w małej części skopiować decyzji biznesowych Bransona, nawet gdyby on sam nas przekonywał, że to możliwe. Ba, prawdopodobnie nikt nie byłby powtórzyć sukcesu Bransona w identycznej skali, nawet gdyby zaczynał dokładnie w tym samym roku, z tymi samymi zasobami i z tymi samymi pomysłami. A jednak tak wielu z nas łudzi się, że czytając tego typu książki jest w stanie znaleźć choć jedno zdanie, które sprawi, że w naszym biznesie zrobimy coś lepiej, lub wpadniemy na przełomowy pomysł. Faktycznie, literatura biznesowa ma taki potencjał, ale ta książka do takich się nie zalicza. Przegrywa chociażby na całej linii z publikacją “Rework” Jasona Frieda.

okladka_Like_A_VirginŹródło: Wydawnictwo Studio Emka

Trudno nie podziwiać Bransona za to, co osiągnął, i za to, jakie ma nietuzinkowe podejście do biznesu. Tylko że skala jego sukcesu jest tak gigantyczna, że naprawdę trudno byłoby zastosować jego rady do małego biznesu, a takim zajmują się głównie jego czytelnicy. I nie zapominajmy, że Virgin to ogromna korporacja, która  rządzi się swoimi, specyficznymi prawami. Zresztą Branson sam balansuje w książce na granicy złudzenia zrozumienia. Przecież z obecnego punktu widzenia cokolwiek powie, jakąkolwiek opowieść wplecie do swojej historii sukcesu, i tak zawsze będzie miał rację. Bo wynik końcowy jest znany, i nikomu do głowy by nie przyszło doszukiwać się przypadku w drodze do sukcesu Bransona, a ten z pewnością był czynnikiem decydującym w wielu sytuacjach biznesowych.

Na szczęście uważny czytelnik znajdzie w jego książce sygnały, które świadczą o rezerwie miliardera do własnego sukcesu. “Jeśli mam być szczery, kiedy moi przyjaciele i ja zaczynaliśmy pierwszy biznes Virgin czterdzieści lat temu, nie mieliśmy żadnego generalnego planu” [2], pisze autor w rozdziale “Rośnij, pozostając małym” (co w wykonaniu szefa grupy ponad czterystu firm jest z jednej strony paradoksalne, a z drugiej całkiem sensowne). A chwilę potem dodaje, że najważniejsze elementy jego sławnej kultury dbania o klienta odkrył on … przypadkowo! [3]. Niejednokrotnie przyznaje też, że nie jest doskonały, popełnia błędy tak samo jak inni, a ryzyko podczas każdej decyzji zawsze jest, i to tym większe, im większe pieniądze są zaangażowane.

Uczulam tez czytelników na jedną bardzo istotną kwestię. Podczas lektury tego typu poradników pamiętajmy, że ich autorzy używają przede wszystkim argumentów z własnego doświadczenia, które odznaczają się najniższym stopniem wiarygodności. Bo po pierwsze fakt, że dana strategia sprawdziła się u mnie, nie znaczy, że sprawdzi się u innych. Po drugie, badanie czynników odpowiedzialnych za sukces w biznesie jest szczególnie niewdzięcznym zadaniem, o czym przekonał się choćby Jim Collins, autor najsłynniejszej tego typu pozycji, “Od dobrego do wielkiego” [4]. Analizując 11 firm, które wyselekcjonował pod kątem powtarzalnych czynników spośród tysięcy innych firm, uwierzył, że odkrył źródło ich sukcesu. Jednak wystarczy spojrzeć, co wydarzyło się w tych spółkach nieco później  – część z nich nawet zbankrutowała [5]! Dla pełniejszego obrazu dorzućmy jeszcze podstawowy błąd atrybucji [6], który powoduje, że w przypadku Bransona to właśnie jego ekscentryczności, czyli charakterowi, przypisuje się źródło sukcesu jego firm, pomijając inne czynniki zewnętrzne.

Tym samym przesłanie książki jest dla mnie następujące. Posłuchajcie, jak zarządzam jedną z największych korporacji na świecie, ale nie łudźcie się, że osiągniecie choć ułamek tego co ja. Bo pomimo moich niedoskonałości, zdaje się mówić Branson, miałem sporo szczęścia i odpowiednich ludzi wokół siebie. A to czynniki unikalne, nie do podrobienia czy skopiowania.

[1] http://ekonomiaprzetrwania.pl/zludzenie-zrozumienia-najczestsze-bledy-poznawcze-w-biznesie-czesc-1/
[2] “Like a Virgin”, Richard Branson, Studio Emka, 2014, str. 172
[3] ibidem, str. 173
[4] “Od dobrego do wielkiego”, Jim Collins, MT Biznes, 2007
[5] http://freakonomics.com/2008/07/28/from-good-to-great-to-below-average/
[6] http://pl.wikipedia.org/wiki/Podstawowy_b%C5%82%C4%85d_atrybucji

Oficjalna strona wydania polskiego:
http://www.studioemka.com.pl/index.php?page=p&id=520

Wydawnictwo:  Studio Emka
Rok wydania:  2014
Ilość stron:  370
ISBN:  978-83-64437-10-6

Dziękuję redakcji Wydawnictwa Studio Emka za udostępnienie egzemplarza recenzenckiego.

Szkockie referendum jako okazja inwestycyjna?

Dziś krótki wpis. O bezpiecznym hazardzie, o ile takowy istnieje. A nawet jeśli by istniał, naśladownictwo niewskazane.

W Wielkiej Brytanii głośno ostatnio o graczu, który postawił u bukmachera 900 000 funtów na, jego zdaniem, bardzo bezpieczny zakład, zarabiając w rezultacie na czysto tylko/aż (niewłaściwe skreślić) 200 000 funtów. Zakład dotyczył referendum, jakie odbyło się ostatnio w Szkocji, a ów anonimowy gracz obstawił porażkę secesjonistów. Najciekawsza w tej sprawie była jego absolutna pewność, że typ okaże się zwycięski, oraz analiza, którą uzasadnił swój wybór i którą następnie podzielił się w wywiadzie radiowym.

Gracz oparł się na następujących przesłankach:
- wszystkie sondaże, a dotarł on aż do 85 takich analiz, wskazywały na minimalne zwycięstwo unionistów,
- podobna sytuacja, z minimalną porażką secesjonistów, miała miejsce w Kanadzie 1995 roku (chodziło wtedy o Quebec),
- jako zwolennik big data miał dostęp do ogromnej informacji o preferencjach uczestników referendum.

Efekt: świetna analiza i pewna wygrana. Wniosek: w dobie big data można z dostępnych informacji zrobić naprawdę niezły użytek. Pytanie: nawet jeśli była to inwestycja, i to bezpieczna, jak twierdzi gracz, jakie było prawdopodobieństwo porażki? Bazując na informacjach uzyskanych z sondaży, danych historycznych z Kanady i innych analizach dostępnych w internecie przed referendum, gracz oszacował ryzyko jako marginalne, stawiając sporą część swoich oszczędności na jedyny, jego zdaniem, wynik referendum.

Mimo wszystko niesłychanie trudno definitywnie stwierdzić, czy to był hazard (gdzie trzeba zazwyczaj wszystko postawić na jedną kartę) czy jednak inwestycja (gdzie ryzyko można oszacować i zminimalizować)?

Pełną historię tego zdarzenia znajdziecie na stronie BBC.

Ekonomia wdzięczności – Gary Vaynerchuk – recenzja

Dobrze, że “Ekonomia wdzięczności” ukazała się w polskim przekładzie. Jednak zanim sięgniecie po tę książkę, sprawdźcie, co Gary Vaynerchuk wyczynia w sieci. A jest niemal wszędzie. Jako content creator w Medium, jako były lub obecny anioł biznesu w takich firmach jak Couple, Karma, Uber, Tumblr, BlackJet, Adaptly, Milk, Wildfire Interactive, Yobongo, MakeSpace, Meetup, SimpleGeo, Brit + Co, Airtime, FOBO, Venmo, Birchbox, 9GAG, Twitter, Cozy, Path, Ning, Rapportive, Ze Frank Games, ONE, Dataminr, Partnered, Grand St., Hightower, Percolate, AnyPerk, Forrst, BarkBox, Postling, Storefront, Circa, Panna, Namely, Decisive, Breather, Tonx Coffee, Songza, Cabana App, Gowalla, PICT, BabbaCo, Vengo, Stowaway Cosmetics, Carnival Mobile, RebelMouse, Excelerate Labs, Prosodic, Cuurio, FancyHands, TopFloor, Food52, Curio Road, Olive Interactive, Handmade Tea, gumhouse, jako doradca korporacyjny w Vaynermedia, jako uznany prelegent na takich konferencjach jak Inc 500 Seminar, IASC Summit,Westchester Digital Summit , i wreszcie jako ten-co-odpowiada-na-każde-pytanie na Twitterze.

Przesłanie Vaynerchuka sprowadza się do prostej zasady, która brzmi “najpierw dawaj, potem proś”. On sam z powodzeniem stosuje tę metodę od lat i zachęca innych do tego samego. Trzeba jednak pamiętać, że zaczynał z uprzywilejowanej pozycji. Bo jego VineLibrary.tv to był w końcu vlog promujący sklep jego rodziny, który już wtedy, w latach 90-tych, generował milionowe obroty. A Vaynerchuk, za sprawą inteligentnego marketingu, “tylko” zwiększył przychody, jak sam wielokrotnie podkreślał, z trzech do bagatela 50 milionów dolarów rocznie. Jego najsłynniejszą strategią było korzystanie z wewnętrznej wyszukiwarki na Twitterze. Tam wyszukiwał tweety od osób zainteresowanych konkretnymi rodzajami wina, i jako znawca i pasjonat, udzielał szybko merytorycznych, i okraszonych specyficznym humorem, odpowiedzi. W ten sposób zaskarbił sobie serca internautów, wieść niosła się szeroko o jego nietypowym podejściu do marketingu, a dziś rzesza jego fanów tylko na Twitterze przekroczyła już gruby milion.

EKOWDZ_okladka

Źródło: Wydawnictwo OnePress

Sama książka jest o tyle zaskakująca, że skupia się na strategiach przydatnych z punktu widzenia dużych firm i korporacji, a Vaynerchuk to w końcu najpierw mały, a teraz średni przedsiębiorca. Powód takiego podejścia jest jednak łatwy do wytropienia. Otóż Vaynerchuk, wykorzystując rosnącą popularność i skuteczność marketingu internetowego, a zwłaszcza marketingu w sieciach społecznościowych, założył firmę Vaynermedia, doradzającą w założeniu największym firmom z amerykańskiej Fortune 500. W ten sposób z typowego biznesmena-praktyka przeistoczył się w doradcę-teoretyka, ale z unikalnym doświadczeniem. I dlatego książka obfituje w opisy strategii, które mają zwiększyć efektywność marketingu w dużych firmach. Paradoksalnie, zasada wzajemności znacznie lepiej sprawdza się w małych biznesach, gdzie osobisty kontakt z klientem jest częstszy i mniej sformalizowany. A korporacje, nawet przy dobrych chęciach, będą mieć z założenia spore trudności z wdrożeniem tej strategii.

Jedna rada od Vaynerchuka wydaje się być jednak na tyle uniwersalna, że może wziąć ją sobie do serca każdy menedżer czy przedsiębiorca. Brzmi ona: bądź autentyczny. I to jest właściwy punkt wyjścia do kolejnych kroków, jakie możemy podjąć w rzeczywistości online. A zasada wdzięczności, czyli zaskakiwanie potencjalnego klienta nietypowymi gestami, ma sens tylko wtedy, gdy będziemy ją stosowali wręcz dla zabawy, bez presji sprzedażowej, co sprawia, że wielu firmom tak trudno ją wykorzystać w praktyce.

Cytaty warte przytoczenia:

“Liderzy biznesu konsekwentnie lekceważą dwie kwestie. Po pierwsze, nie doceniają gotowości ludzi do wybaczania. [...] Po drugie, liderzy nie doceniają wyczulenia klientów na wstawianie kitu.” [1]

“95 procent najgorszych rozwiązań w sferze mediów społecznościowych, jakie znam, było dziełem firm z branży PR, wynajmowanych do zarządzania profilami marek, stronami i blogami.” [2]

“Zawsze, kiedy o twoim produkcie się mówi lub z niego korzysta, jest okazja, aby powiedzieć: Dziękuję, Proszę bardzo, Przepraszam, Jak to?, Naprawdę tak się czujesz? Powiedz mi, co się stało, Jak mogę rozwiązać ten problem? czy Pozwól, że to zrobię. [3]

Styl

Stonowana, ugrzeczniona książka a prawdziwy, naturalny styl wypowiedzi Vaynerchuka, pełen emocji i niecenzuralnych epitetów, to dwa różne światy. Śmiem twierdzić, że z Vaynerchuka jest znacznie lepszym mówcą niż jako autor książek. Jednak niewątpliwą zaletą “Ekonomii wdzięczności” jest zebranie w jednym tomie najważniejszych wskazówek i strategii, co mocno kontrastuje z dosyć chaotycznymi wystąpieniami publicznymi, gdzie jest sporo powtórzeń, żartów, a opis ciekawych strategii zajmuje Vaynerchukowi nawet pół godziny.

Do kogo jest skierowana ta książka?

Głównie działy marketingu dużych firm, ale właściciele małych i średnich biznesów też znajdą tu masę cennych i praktycznych wskazówek.

Spis treści

Podziękowania (9)

Przedmowa (11)

CZĘŚĆ I. WITAMY W ŚWIECIE EKONOMII WDZIĘCZNOŚCI (15)

1. O tym, jak wszystko się zmienia, poza naturą ludzką (17)

2. Zacieranie linii na piasku (65)

3. Dlaczego rozsądni ludzie odrzucają media społecznościowe i dlaczego robić tego nie powinni (73)

CZĘŚĆ II. JAK ZWYCIĘŻYĆ (115)

4. Od szczytu: wpajanie właściwej kultury (117)

5. Idealna randka: tradycyjne media spotykają się ze społecznościowymi (145)

6. Sziedzę na konju: o tym, jak Old Spice grał w ping-ponga, a potem upuścił piłeczkę (153)

7. Intencje: jakość kontra ilość (165)

8. Szok i respekt (179)

CZĘŚĆ III. EKONOMIA WDZIĘCZNOŚCI W AKCJI (189)

9. Avaya: znaleźć się tam, gdzie są inni (191)

10. AJ Bombers: komunikacja ze społecznością (197)

11. Hotele Joie de Vivre: dbałość o rzeczy wielkie i małe (211)

12. Irena Vaksman, doktor chirurgii stomatologicznej: mała praktyka zjada zęby na mediach społecznościowych (223)

13. Hank Heyming: krótki przykład właściwego wykorzystania kultury i intencji (235)

Zakończenie (241)

CZĘŚĆ IV. ŚCINKI (249)

Garść refleksji… (251)

CZĘŚĆ V. JAK ZWYCIĘŻYĆ W ŚWIECIE EKONOMII WDZIĘCZNOŚCI – WERSJA SKRÓCONA (285)

Źródła (289)

Moja ocena książki:

- Styl: 9/10
- Treść: 9/10
- Jakość edytorska: 9/10
- Ocena łączna: 9/10

Informacje dodatkowe:

Oficjalna strona książki:
http://thankyoueconomybook.com/

Oficjalna strona książki (wydanie polskie):
http://onepress.pl/ksiazki/ekonomia-wdziecznosci-zasada-wzajemnosci-w-biznesie-gary-vaynerchuk,ekowdz.htm

ISBN: 978-83-246-4789-7
Ilość stron: 300
Tytuł oryginału: The Thank You Economy
Oprawa: miękka
Rok wydania: 2013

Źródła:
[1] Ekonomia wdzięczności, Gary Vaynerchuk, OnePress, 2013, str. 96
[2] ibidem, str. 176
[3] ibidem, str. 141

Dziękuję redakcji wydawnictwa OnePress za udostępnienie egzemplarza recenzenckiego.

 

 

 

Praktyczne lekcje zarządzania projektami – Michał Kopczewski – recenzja

Historie sukcesu to dla mnie raczej literatura biograficzna niż poradnikowa, obarczona kilkoma niepozornymi, choć groźnymi błędami poznawczymi. Mimo to książka Michała Kopczewskiego mocno mnie zaintrygowała. Z trzech powodów. Pierwszy to forma wywiadów, a te czyta się znacznie lepiej niż zwarty tekst. Drugi to umiejętne wplecenie teoretycznych podwalin zarządzania projektami w podsumowaniach na końcu każdego rozdziału. I trzeci, najważniejszy, to możliwość poznania od podszewki najbardziej znanych projektów ostatnich lat z ust ich twórców lub głównych decydentów.

Zebrawszy to wszystko razem, otrzymujemy możliwość wysłuchania fascynujących opowieści o najdrobniejszych detalach, jakie złożyły się na finalny sukces tak różnorodnych przedsięwzięć jak wyprawa na bieguny Marka Kamińskiego z Jaśkiem Melą, wprowadzenie na polski rynek kawowych ekspresów kapsułkowych marki Nespresso, organizacja Maratonu Warszawskiego czy wybudowanie w czasie najgłębszego kryzysu Nowego Domu Jabłkowskich w Warszawie.

pralez

Źródło: Wydawnictwo OnePress

Każdy z dwunastu wywiadów to inna historia, z innymi wnioskami, które po trosze zaskakują, demitologizują utarte prawdy i zarazem wskazują na przypadek jako jeden z głównych atrybutów sukcesu. Od Andrzeja Bliklego przykładowo dowiadujemy się, że gdyby otrzymał kredyt na pół miliona dolarów, o który początkowo wnioskował, a którego finalnie nie otrzymał, z pewnością by zbankrutował, bo inwestycja w modernizację zaplecza nie zwiększyłaby przychodów firmy i nie starczyłoby środków na bieżącą obsługę gigantycznego kredytu. Z kolei z opowieści Marka Kamińskiego dowiemy się, że gdyby cokolwiek poszło nie tak w trakcie 10-dniowej marszruty na biegun północny, nie mogliby liczyć na żadną pomoc z zewnątrz, bo od pilotów dowiedział się potem, że mogliby do jego ekipy dotrzeć tylko przy sprzyjającej pogodzie, a przecież w trakcie wyprawy warunki były fatalne. Lektura wywiadów uświadamia jednak, że szczęściu trzeba umiejętnie pomóc, bo samo niewiele znaczy. Zresztą motyw doskonałego przygotowywania się do konkretnego projektu przewija się w każdej opowieści.

Znów przywołam Marka Kamińskiego, bo jego model zarządzania projektami jest najbardziej wyrazisty i minimalizuje ewentualną porażkę do minimum. Jego filozofia opiera się na prostym założeniu, że “najlepszą praktyką jest dobra teoria , a życie jest za krótkie, żeby uczyć się na błędach”. Maksyma śmiała i kontrowersyjna, bo zdolność wyciągania konstruktywnych wniosków z własnych porażek jest cenioną powszechnie umiejętnością. Jednak dla znanego polarnika etap przygotowań jest absolutnie priorytetowy, bo jakikolwiek błąd popełniony w tej fazie grozi poważnymi konsekwencjami w trakcie wyprawy. Dlatego, o czym niewielu pewnie słyszało, wielokrotnie ćwiczył na basenie sytuację, gdy z całym ekwipunkiem wpada do wody w wyniku załamania się kry lodowej, a wytrzymałość elementów wyposażenia, np. aparatu fotograficznego czy termosów, testował w zamrażalniku.

Ekstremalne sytuacje wymagają ekstremalnych przygotowań, powiedziałby Marek Kamiński. Ale tak profesjonalny tryb przygotowań, nakierowany na przewidywanie potencjalnych zagrożeń, a następnie projektowanie symulacji, jak sobie radzić w hipotetycznej sytuacji, ma sens także w mniej spektakularnych projektach. O ile weźmiemy sobie sugestię polarnika, brzmiącą: “Ludziom często się wydaje, że coś wiedzą. A to trzeba zweryfikować”.

Co warto wiedzieć o autorze książki?

Michał Kopczewski jest ekspertem w zakresie zarządzania projektami. Pracował dla takich firm jak Arthur Andersen, PricewaterhouseCoopers, IBM i Trio Management, obecnie prowadzi  własną firmę Processum. Współpracownik ICAN Institute, wydawcy polskiej edycji Harvard Business Review. Wydał książkę “Alfabet zarządzania projektami” (OnePress, 2009).

Cytaty warte przytoczenia:

“Wyprawa jest jak góra lodowa. 1/7 wystaje ponad powierzchnię wody. Tylko tyle widać. Tę część można porównać z samą wyprawą. 6/7 jest pod powierzchnią i tej części nie widać, ale bez niej ponad wodę nic by nie wystawało. I to są wszystkie nasze przygotowania, treningi. Zewnętrzny obserwator tego nie dostrzega, a tymczasem to właśnie ta niewidoczna część decyduje o sukcesie. W biznesie jest identycznie. Jeśli sądzimy, że jakoś to będzie, to nie mamy szans. Nie chce nam się odrabiać zadań domowych, szukamy dróg na skróty.”  Marek Kamiński

Styl:

Lekka forma wywiadów, ale nie są to luźne refleksje, tylko sama esencja. Konkretne pytania i merytoryczne odpowiedzi.

Do kogo jest skierowana ta książka?

Dla wszystkich, którzy szukają szerszego spojrzenia, innego punktu odniesienia, a czeka ich w najbliższej perspektywie ważny projekt do realizacji. Bez znaczenia, czy będzie to budowa domu, założenie firmy, wprowadzenie nowego produktu na rynek, czy wykupienie franczyzy, każda z osób, która już zaczyna przygotowania do większego projektu, znajdzie tu konkretne wskazówki, co robić, by finalny efekt okazał się zgodny z oczekiwaniami.

Moja ocena książki:

- Styl: 9/10
- Treść: 10/10
- Jakość edytorska: 9/10
- Ocena łączna: 9,5/10

Spis treści:

Samo życie (5)

Rozbudowa sieci cukierni – Piec stygnie dziesięć dni (Andrzej Blikle) (7)

Budowa Hotelu SPA – Taras w słońcu (Dr Irena Eris) (19)

Regaty dookoła świata – Sześć razy na maszcie (Zbigniew Gutkowski) (33)

Przygotowanie i organizacja EURO 2012 – Tak, potrafimy! (Marcin Herra) (47)

Budowa Nowego Domu Jabłkowskich – Zegareczek na rogu (Jan Jabłkowski) (71)

Na bieguny z Jaśkiem Melą – Z nartami do basenu (Marek Kamiński) (85)

Wprowadzenie marki Nespresso do Polski – To samo co Clooney (Paweł Kwiatkowski) (99)

Pomoc humanitarna – Najważniejsze to mądrze pomagać (Janina Ochojska) (115)

Wakacje na dwóch kółkach – Młodzi lubią kręcić (Henryk Sytner) (137)

Maraton Warszawski – Pozytywnie nieusatysfakcjonowani (Marek Tronina) (151)

Wyprawy na ośmiotysięczniki – Z szabelką na szczyt (Krzysztof Wielicki) (167)

Wdrożenie standardu zarządzania projektami w Żywiec Zdrój – Zdrowe nawyki (Marek Wojtyna) (181)

Informacje dodatkowe:

Oficjalna strona książki:
http://onepress.pl/ksiazki/praktyczne-lekcje-zarzadzania-projektami-michal-kopczewski,pralez.htm

ISBN: 978-83-246-6770-3
Ilość stron: 192
Oprawa: miękka
Rok wydania: 2013
Wydawnictwo: OnePress

Dziękuję redakcji Wydawnictwa OnePress za udostępnienie egzemplarza recenzenckiego.

Iluzja korelacji na przykładzie nawyków bogatych i biednych

Co jakiś czas w mediach pojawiają się zestawienia z opisem, co robią, a czego nie robią, bogaci i biedni. W podtekście jesteśmy karmieni iluzją, że wystarczy tylko powielać dobre, właściwe zachowania bogatych, aby zostać jednym z nich. Tylko że takie zestawienia mają niewiele wspólnego z twardą rzeczywistością. Parę dni temu o nawykach bogatych i biednych znowu zrobiło się głośno, więc tym razem postanowiłem zabrać w tej kwestii głos. Wychodzę z założenia, że warto przyjrzeć się tej sprawie od drugiej strony, czyli z perspektywy błędów poznawczych.

Zacznijmy od małego dziennikarskiego śledztwa, próbując znaleźć źródło informacji emitowanych na antenie biznesowego kanału telewizyjnego. Materiały wyemitowane w programie “Co różni bogatych od biednych? Oprócz stanu konta także codzienne nawyki.” w stacji TVN24bis [1] wskazują na dwa bezpośrednie źródła: Forbes [2] i oraz tajemniczo brzmiącą frazę “business-management-degree”. Po sprawdzeniu tej frazy w Google, znajdujemy właściwy adres internetowy [3] i naszym oczom ukazuje się infografika prezentująca nawyki najbogatszych ludzi na świecie. I wreszcie, pod infografiką, odnajdujemy rzeczywiste źródło wiadomości telewizyjnych, jakim jest serwis RichHabits.net, prowadzony przez biznesmena i konsultanta, Toma Corleya. To właśnie ten autor, na bazie pięcioletnich analiz (trudno to nazwać badaniami, o czym za chwilę), sporządził wykaz czynności, które codziennie wykonują, lub nie wykonują, bogaci i biedni, a swoje wnioski zawarł w książce “Rich Habits” [4]. Książka z miejsca zyskała status bestsellera, a sam autor zaczął spieniężać swój sukces także poprzez organizację licznych wykładów i szkoleń.

Co równie ważne, drugi podtytuł jego książki brzmi: “Dowiedz się, jak bogaci stają się tak bogaci (sekrety osiągania sukcesu finansowego – ujawnione)” [5]. W ten sposób autor jawnie deklaruje, że istnieje ścisła zależność pomiędzy nawykami bogatych i biednych a stanem ich zamożności. Idąc dalej tym trybem rozumowania, jeśli tylko zaczniesz postępować tak jak milionerzy, zwiększysz szanse na zostanie jednym z milionerów. Typowa zależność przyczynowo-skutkowa: czynnik A wywołuje czynnik B. Problem jednak w tym, że doszukiwanie się w zestawieniu nawyków zaproponowanym przez Corleya korelacji jest błędne. Mamy tu do czynienia z typowym błędem poznawczym, jakim jest iluzja korelacji, który polega na doszukiwaniu się związków przyczynowo-skutkowych tam, gdzie ich nie ma.

A odnośnie metodologii, Corley w ciągu paru lat przepytał, na bazie swojej ankiety zawierającej listę nawyków, 233 osoby bardzo bogate, oraz 128 osoby stosunkowo biedne. Jak widać, próbka bardzo mała, a badanie miało charakter zwykłej ankiety. Ale nawet zostawiając w tle kwestię kiepskiej metodologii, już samo zestawienie nawyków sugeruje istnienie irracjonalnych związków przyczynowo-skutkowych.

Oto, co Corley ma nam do powiedzenia, i o czym mogliśmy się dowiedzieć z programu TVN24bis:

“91 % bogatych wykonuje codziennie listę zadań, wśród biednych tylko 9 %”

Wniosek: aby zostać bogatym, musisz wykonywać listę zadań. Jeśli tego nie będziesz robił, nie wzbogacisz się. Po pierwsze, taka korelacja jest maksymalnie uproszczona, bo nie uwzględnia innych czynników (wykształcenie, szczęście i przypadek, zdrowie, środowisko, rodzina, znajomi, motywacje, ambicje, sytuacja gospodarcza globalnie i lokalnie). Po drugie, trzeba sobie zadać pytanie, czy zapisywanie i realizacja listy zadań jest skutkiem czy przyczyną bogactwa? Czy bogaci, zanim zostali bogaci, robili listy zadań, czy robią je dopiero od pewnego czasu, bo poznali tę technikę od znajomych czy z którejś książki? Można więc dojść do wniosku, że tego typu zestawienia pokazują tylko, jak zachowują się pewni ludzie teraz, a nie kiedyś. I jeszcze pytanie: czy gdyby biedni zaczęli robić listy zadań, w jakim stopniu zmieniłoby to ich życie, skoro robiliby te same czynności co obecnie, tylko mieliby je zapisane i odhaczone?

“Wstawanie 3 godziny przed pracą: bogaci 44 %, biedni 3 %.”

Wniosek: wstawaj wcześniej, a zaczniesz zarabiać więcej. Uff, aż zgrzyta. Moje pytanie brzmi: czy bogaci przypadkiem nie wstają wcześniej, bo większość z nich to przedsiębiorcy i ludzie wykonujący wolne zawody (co potwierdzają zresztą badania nad milionerami autorstwa Thomasa Stanleya i Williama Danko [6], a biedni pracują na etacie (lub dwóch słabo płatnych etatach), a ich cały dzień wypełniony jest gonitwą w celu zapewnienia bytu swojej rodzinie (zgodnie z zasadą “od pierwszego do pierwszego”). W związku z tym czy przypadkiem bogaci, jako prezesi, przedsiębiorcy i freelancerzy, nie zaczynają pracy później, gdyż nie muszą zaczynać pracy w kasie o 6 rano? Oczywiście, i to jest pewnym uogólnieniem, ale i tak mocno kontrastuje z tezą zawartą przez Corleya w opisie tego nawyku.

“Słuchanie audioboków w drodze do pracy: bogaci 63 %, biedni 5 %.”

Wniosek: słuchaj więcej i częściej audioboków w drodze do pracy, a twoje finanse się poprawią. Znowu bełkot. A prawdziwa przyczyna takiego stanu rzeczy? Po pierwsze, bogatych stać na audiobooki (teraz, bo kiedy dopiero stawali się milionerami, audioboków jeszcze nie było!), po drugie najczęściej dojeżdżają do pracy własnym samochodem (gdzie słucha się audioboków najlepiej), i po trzecie, słuchają audioboków tematycznie związanych z wykonywaną przez nich pracą (biznesowych, specjalistycznych i motywacyjnych), bo właśnie to zajęcie, które obecnie wykonują, niejako wymusza na nich zapoznawanie się z nowymi strategiami czy pomysłami.

Pełna lista nawyków jest dostępna tutaj [7]  – absurdów jest tu znacznie więcej, np. na drodze do zostania milionerem stoją takie przeszkody jak: 80 % bogatych dzwoni z życzeniami urodzinowymi (do znajomych/rodziny), a wśród biednych tylko 11 %. Przyczyn jest wiele, bardzo prozaicznych, jednak próba doszukiwania się tu korelacji i zależności przyczynowo-skutkowej jest sporym nadużyciem.

Oddajmy jednak głos autorowi i posłuchajmy jego argumentów [8]:

- Autor twierdzi, że jego rodzina odzyskała fortunę, którą utraciła jednego dnia, bo jego ojciec miał więcej nawyków bogatych ludzi niż biednych. Twierdzi też, że jego badania to dopiero początek czegoś wielkiego, dzięki czemu miliony ludzi może wydostać się z biedy (tak jakby częstsze czytanie książek czy wcześniejsze wstawanie miało znaczący wpływ na inne czynniki społeczne, odpowiedzialne w głównej mierze za biedę i trudne warunki życia obywateli o niskich dochodach).

Dosłowny cytat z wypowiedzi autora: “I know poverty is complicated. I know from personal experience. My family was wealthy and overnight we lost everything. But… my father recovered. He recovered because he had more Rich Habits than Poverty Habits. My research is still a work in progress as far as I am concerned but I do know I have stumbled upon something that could help millions end their personal poverty. I now know there are things we can do to lift ourselves out of poverty.”[9]

- Autor twierdzi, że jest niedocenianym geniuszem na miarę Einsteina czy Adama Smitha, a swoje “badania” na mocno niereprezentatywnej grupie respondentów uznaje za przełomowe w dziejach ludzkości. I właśnie dlatego nie musi korzystać z żadnych uznanych narzędzi matematycznych czy statystycznych (economic protocols), bo wielcy też z nich nie korzystali. Co akurat jest nieprawdą i ponownym nadużyciem ze strony autora, bo Einstein nie był żadnym outsiderem, gdyż publikował swoje artykuły w najlepszym czasopiśmie naukowym w dziedzinie fizyki tamtych czasów, Annalen der Physik[9], a zanim otrzymał Nobla, był do tej nagrody nominowany wielokrotnie w latach 1910-1922 ![11]

I did not use any of the economic protocols that you believe are necessary in order to validate my research. Many of the most significant breakthroughs in science and economics were by outsiders. Einstein (Patent clerk), and Adam Smith (Scottish Philosopher) are examples. Very often the greatest discoveries made in specific fields are by outsiders who do not follow standard protocols. Because they are not aware of such protocols, they are not confined by them.” [12]

- Autor twierdzi, że nie widzi korelacji między nawykami a poziomem zamożności, tylko że osią jego książki jest własnie wykazywanie tej korelacji.

I think the common thread I am seeing is the idea that I am trying to prove causation. I am not. I sought to identify those things that wealthy people do on an almost daily basis (their daily activities or habits) and compare them to the things poor people do.”[13]

- Autor twierdzi, że dzięki nawykom bogatych zwiększył swoje przychody, ale korelacji w tym nie widzi żadnej …
“I followed the Rich Habits and made that increased my income. Two seminar participants also had great success and begged me to write a book about the Rich Habits. So I did. There is not question in my mind that if you follow the Rich Habits you will become financially successful. No question about causation there.” [14]

- I na koniec przebój sezonu: autor wcześniej wypowiadał się na temat korelacji i przyczynowości, a tu twierdzi, że w ogóle o niej nie słyszał:

I have to confess I never heard about correlation and causality.” [15]

Dawno nie spotkałem się z tak niekonsekwentnym i oderwanym od rzeczywistości autorem. Twierdzi, że korelacji nie dostrzega, zaraz potem pisze, że nawet nie wie, co to korelacja. Twierdzi, że w jego przypadku stosowanie nawyków bogatych przyniosło mu wzrost dochodów (notabene, za sprawą organizowania szkoleń na temat … nawyków bogatych), ale znamion korelacji znowu nie dostrzega. U Corleya głosy krytyków, nawet najbardziej racjonalne, trafne i rzeczowe, nie znajdują żadnego posłuchu. Odnoszę wrażenie, że postawa autora jest klasycznym przykładem efektu potwierdzenia (ang. confirmation bias), który polega na tym, że szukamy często dowodów na potwierdzenie swoich sądów, i to za wszelką cenę, ale gdy pojawią się dowody przeciwne, obalające nasze wcześniejsze założenia, z premedytacja je ignorujemy lub znajdujemy dla nich wygodną interpretację, pasującą do naszego światopoglądu.

Po drugie, autor ślizga się tylko po powierzchni problemu, snując daleko idące wnioski na bazie małej grupki respondentów, nie stosując żadnej uznanej metodologii naukowej, a na dodatek się do tego otwarcie przyznaje. Czyli chce brzmieć naukowo, nawet chciałby być traktowany jako geniusz na miarę Einsteina (?!), a robi wszystko, aby jego “badania” nie miały nic wspólnego z uznaną metodologią naukową. Mimo to jego książka i wnioski obiegły cały świat, dając wielu biednym złudną nadzieję, że zmiana codziennych nawyków może całkowicie odmienić ich los. Nie twierdzę, że stosowanie pewnych nawyków przez uboższe warstwy społeczeństwa nie może w pewnym zakresie zmienić ich życia na lepsze, tylko biorąc pod uwagę skalę problemu (warunki społeczne, geograficzne, demograficzne czy geopolityczne), zmiana nawyków to zdecydowanie zbyt mało.

I wreszcie, jak Corley może twierdzić, że nie widzi żadnej korelacji między nawykami bogatych a ich zamożnością, skoro od lat prowadzi w swoim Rich Habits Institute szkolenia, których celem jest … nabycie nawyków bogatych ludzi [16].

Nigdzie nie znajdziemy dobrej i pewnej rady, jak zostać milionerem, a podążanie za nawykami bogatych trudno traktować nawet jako wskazówkę, bo temat dochodzenia do bogactwa jest dużo bardziej skomplikowany. Mamy jednak radę, którą na bazie innych, znacznie lepiej przeprowadzonych badań, proponują rodzicom wspomniani już Thomas Stanley i William Danko [17]. Z ich analiz wynika bowiem, że milionerami zostawali ci, którzy z reguły nie dostawali żadnego wsparcia finansowego od rodziców (!), przez co byli zmuszeni być bardziej samodzielnymi i kreatywnymi. A nadopiekuńczy rodzice sprawiali z kolei, że ich dzieci nie wykazywały przedsiębiorczej żyłki, bo i po co, skoro i tak mogli zawsze liczyć na wsparcie finansowe ze strony rodziców. To kluczowa różnica i cenna wskazówka dla obecnych i przyszłych rodziców.

Cytowane źródła:

[1] Program wyemitowany dnia 17.07.2014 r w stacji TVN24bis: http://tvn24bis.pl/informacje,187/co-rozni-bogatych-od-biednych-oprocz-stanu-konta-takze-codzienne-nawyki,450756.html
[2] Link do strony Forbesa dotyczy jedynie listy najbogatszych ludzi świata: http://www.forbes.com/billionaires/
[3] http://www.business-management-degree.net/features/wealthiest-people/
[4] http://richhabits.net/
[5] W oryginale: “Find out how the rich get so rich (the secrets to financial success revealed)”
[6] Sekrety amerykańskich milionerów, czyli krezusi z sąsiedztwa, Thomas J. Stanley, William D. Danko, Fijor Publishing, 2011,
http://www.fijor.com/sekrety-amerykanskich-milionerow-czyli-krezusi-z-sasiedztwa/
[7] http://www.daveramsey.com/blog/20-things-the-rich-do-every-day
[8-9] Cytowane wypowiedzi Corleya pochodzą z dyskusji, w jakiej brał udział na stronie: http://shaungroves.com/2013/11/why-are-some-people-rich-others-poor-tom-corleys-rich-habits/
[10] http://en.wikipedia.org/wiki/Annalen_der_Physik
[11] http://www.ota-berlin.de/blog/12/06/einstein-in-berlin-%E2%80%93-part-xii-the-story-of-his-nobel-prize-by-%E2%80%98ota-berlin-constituency-blog%E2%80%99-science-contributor-aant-elzinga/
[12-15] Cytowane wypowiedzi Corleya pochodzą z dyskusji, w jakiej brał udział na stronie: http://shaungroves.com/2013/11/why-are-some-people-rich-others-poor-tom-corleys-rich-habits/
[16] http://richhabits.info/wp-content/uploads/Tom-Corley-Rich-Habits-REPORT-Goal-Setting.pdf
[17] Sekrety amerykańskich milionerów, czyli krezusi z sąsiedztwa, Thomas J. Stanley, William D. Danko, Fijor Publishing, 2011,
http://www.fijor.com/sekrety-amerykanskich-milionerow-czyli-krezusi-z-sasiedztwa/

Zaczynaj od dlaczego – Simon Sinek – recenzja

Sineka polubiłem od razu. Kilka lat temu, obejrzawszy jego wykład na konferencji TED, pomyślałem sobie: “wreszcie sensowna teoria, wreszcie ktoś dotarł do sedna problemu”. Bo, jak mi się wtedy wydawało, stawianie słynnego “dlaczego” na piedestale naszych motywów może w prosty sposób pomóc nam w rozwijaniu nowatorskich konceptów biznesowych. Potem się okazało, że jego wykład jest trzecim najpopularniejszym wykładem TED-owskim [1] (ponad 17 milionów wyświetleń), a Sinek stał się jednym z najbardziej rozpoznawalnych i najlepiej opłacanych mówców motywacyjnych w USA. Dziś, po wielu innych lekturach, po zapoznaniu się z błędami poznawczymi, po zaanektowaniu metody naukowej do myślenia biznesowego (choćby docenienie metody lean startup), zmieniłem zdanie o Sineku. Nawet przez moment pomyślałem, czy to coś ze mną jest nie tak, że widzę ewidentne luki w jego rozumowaniu, czy coś nie tak jest z jego zwolennikami, którzy magiczne “dlaczego” zdążyli już zracjonalizować na swoją modłę, a z autora uczynić guru zarządzania i biznesu. Osądźcie sami.

Sinek wprowadził do przestrzeni publicznej własną teorię, którą nazwał “złotym kręgiem“. Jego propozycja składa się z trzech elementów, warstw, a w zasadzie prostych pytań: dlaczego, jak i co. Zanim przejdę do jej omówienia, dwa słowa tytułem wstępu. Otóż Sinek sam przyznaje, że miał w życiu trudny okres, i gdy przeżywał depresję, starając się zrozumieć otaczający go świat, nagle doznał “objawienia” (vide: teoria złotego kręgu) i nagle wszystko stało się jasne: za sukcesami wielkich firm stało każdorazowo pytanie “dlaczego”. Tylko że taka argumentacja jest co najmniej wątpliwej jakości. Niby czemu mam wierzyć przełomowemu odkryciu pracownika amerykańskich korporacji, niby czemu mam brać na poważnie teorię, która nie została poparta absolutnie żadnymi dowodami empirycznymi? A może mamy do czynienia z teorią, która jest zbyt piękna, aby mogła być fałszywa? Bo, jak sugeruje Sinek, “ludzie nie kupują tego, co robisz, tylko Continue reading

Jak być dobrym sprzedawcą – Daniel H. Pink – recenzja

Książka, wbrew temu, co sugeruje tytuł, skierowana jest do szerokiego grona czytelników, z jednego prostego powodu: autor umiejętnie zastosował sprytną sztuczkę, łącząc mianowicie czynność sprzedawania z czynnością przekonywania do swoich racji. A zgodnie z taką metodologią, wszyscy, zdaniem autora, jesteśmy sprzedawcami. I to mimo dostępnych danych statystycznych, które, przynajmniej w USA, dowodzą, że 1 osoba na 9 wykonuje zawód sprzedawcy. Reszta, zdaniem Daniela Pinka, też pracuje w “sprzedaży”, bo “lekarze przekonują pacjentów do stosowania danego leku, prawnicy przekonują ławę przysięgłych do wyroku, nauczyciele przekonują uczniów, że warto uważać na lekcjach, przedsiębiorcy zabiegają o inwestorów.” [1], a lista wydaje się nie mieć końca. To zresztą całkiem trafne spostrzeżenie, na którym oparta jest cała książka, będąca swojego rodzaju nowoczesnym poradnikiem sprzedażowym dla początkujących. Ale dlaczego poradnikiem i dlaczego dla początkujących?

Po pierwsze, autor sięga po dziesiątki najnowszych badań naukowych i tworzy z nich mozaikę mniej lub bardziej trafnych porad. W zdecydowanej większości nie stanowią one jednak żadnej nowości dla sprzedawców z dużym doświadczeniem, dlatego publikacja ta powinna zainteresować przede wszystkim tych, którzy albo wkraczają dopiero na zawodową drogę sprzedawcy, albo chcą poszerzyć swoją wiedzę na temat perswazji i technik przekonywania do swoich racji. Celowo nie używam terminu “techniki manipulacyjne”, bo autor zawzięcie walczy z takim wizerunkiem sprzedawcy, starając się odmitologizować tę profesję i nadać jej bardziej ludzki wymiar. Trzeba jednak przyznać, że Pink nie jest do końca konsekwentny w tej misji, bo w kolejnych rozdziałach opisuje i poleca strategie, których nie można nazwać inaczej niż właśnie technikami manipulacyjnymi (choćby dotykanie rozmówcy czy dopasowywanie się do niego poprzez naśladowanie jego zachowań). Continue reading

Go-Givers. Rozdawcy sprzedają więcej – B.Burg, John D. Mann – recenzja

Książka jest sporym zaskoczeniem. In minus. Tytuł zapowiadał ciekawą lekturę, jednak okazało się, że główna myśl autorów, zawarta w podtytule (“rozdawcy sprzedają więcej”), nie doczekała się ciekawego rozwinięcia i uzasadnienia. Książka jest pełna banałów i okrągłych zdań w stylu “stwarzaj wartość”, “bądź sobą” czy “im więcej dajesz, tym więcej posiadasz”. Typowy amerykański poradnik motywacyjno-biznesowy, nie wyróżniający się niczym szczególnym spośród setek innych tytułów. Jedyne, co zasługuje na pochwałę, to tematyka, bo książek poświęconych proklienckim strategiom nie jest aż tak dużo.

Mimo to uważam, że czasem warto zapoznać się z tego typu literaturą, choćby dla kontrastu. W końcu inny Amerykanin, Gary Vaynerchuk, pisze [1] dokładnie o tym samym co autorzy “Go Givers”, ale porady w jego wydaniu mają w sobie coś bezcennego: autentyczność. Tutaj tego brakuje najbardziej, przez co serwowane porady brzmią sztucznie i banalnie. Natomiast Gary jest konkretny i rzeczowy, a jego rady wynikają z olbrzymiego doświadczenia w prowadzeniu dużych i małych biznesów, z jednoczesnym umiejętnym stosowaniem mediów społecznościowych. Natomiast Bob Burg i John David Mann to przede wszystkim autorzy i mówcy motywacyjni, a ta branża, co nie jest oczywiście żadną tajemnicą, rządzi się swoimi prawami, zwłaszcza w USA. Biznes motywacyjny polega, w największym skrócie, na sprzedawaniu gotowych recept na sukces, i ta książka idealnie wpisuje się w taką filozofię. Każdy tytuł opisuje jedno “prawo”, które rzekomo ma nas wprowadzić na nowy, wyższy poziom prowadzenia biznesu. Czytelnik może więc zaznajomić się z takimi “mądrościami” jak prawo wartości, prawo wynagradzania, prawo wpływu, prawo autentyczności i prawo otwartości. Continue reading

Niewidzialny goryl. Dlaczego intuicja nas zwodzi? – Ch. Chabris, D. Simons – recenzja

Zacznijmy od małego testu. Oglądnijcie na spokojnie ten krótki filmik autorstwa znanego autora i psychologa, Richarda Wisemana (w filmie wykorzystano identyczną zasadę jak w eksperymencie z gorylem, o którym traktuje książka Chabrisa i Simonsa). Jeśli ulegniecie iluzji uwagi, co jest wielce prawdopodobne, być może zapragniecie dowiedzieć czegoś więcej na ten temat. Wtedy zapraszam do lektury niniejszej recenzji i polecanej książki.

W zamierzeniu autorów “Niewidzialnego goryla”, zapoznanie się z iluzjami dnia codziennego powinno nam pozwolić zmodyfikować nasze zachowanie. Teza śmiała, choć z małymi szansami na realizację. Zresztą sami autorzy raz po raz przypominają, że błędy poznawcze wynikają z ograniczeń naszego umysłu, a samo uświadamianie sobie tychże ograniczeń zazwyczaj nie pomaga w podejmowaniu lepszych decyzji.

Książka zaczyna się, jak można było się spodziewać, od opisu i analizy eksperymentu z gorylem, z którego zasłynęli obaj autorzy, Christopher Chabris i Daniel Simons. Ku zaskoczeniu naukowców, ponad połowa wolontariuszy uczestniczących w badaniu nie zauważyła goryla, który przechadzał się pomiędzy zawodnikami grającymi w koszykówkę. Dodajmy, że zadaniem uczestników badania było policzenie wszystkich podań pomiędzy zawodnikami w białych koszulkach, z jednoczesnymi zignorowań podań graczy w czerwonych koszulkach. Goryl pojawiał się tylko na 9 sekund, jednak mimo to powinien być łatwo zauważalny. Właśnie, łatwo zauważalny za wyjątkiem osób, które zbyt mocno skupiły się na czynności liczenia podań. Winę za taki zaskakujący rezultat eksperymentu, później wielokrotnie powtarzanego z podobnymi efektami, ponosi błąd percepcji zwany ślepotą pozauwagową (ang. inattentional blindness), który polega na tym, że “kiedy człowiek kieruje swoją uwagę na jeden, szczególny obszar lub aspekt widzialnego świata, ma tendencję do niezauważania pojawiających się niespodziewanie obiektów, nawet kiedy są one wyraźnie widoczne, potencjalnie istotne oraz pojawiają się dokładnie w miejscu, na które się właśnie patrzy” [1]. Eksperyment ten jest też przykładem tzw. iluzji uwagi, której poświęcony jest cały pierwszy rozdział książki.

Znajdziemy w nim sporo innych przykładów ślepoty pozauwagowej. Najciekawszym z nich, i zarazem najbardziej zrozumiałym, wydaje się wyjaśnienie, dlaczego Continue reading

“To boli” – Paul Knott – recenzja

Gdyby istniał szkolny program edukacji finansowej, książka Paula Knotta mogłaby wejść do kanonu lektur obowiązkowych. Niestety, mimo atrakcyjności takiej tezy, obydwa cząstkowe twierdzenia nie są prawdziwe. Przedmiotu w rodzaju edukacji finansowej raczej nigdy się nie doczekamy, z wielu powodów [1]. Co do drugiej części otwierającego tę recenzję zdania, “To boli” rozprawia się z tak zwanym “systemem”, w jakim przyszło nam żyć, a oświata jest przecież częścią składową systemu. Tym samym istnieje bardzo mała szansa, że książka ta zostałaby zaakceptowana przez Ministerstwo Edukacji jako literatura pomocnicza do przedmiotu “Edukacja finansowa”. Tu właśnie leży sedno.

Jakakolwiek książka na temat finansów osobistych, inwestowania czy oszczędzania może być uznana za wiarygodną, gdy pisana jest przez autora niezależnego, czyli nie związanego zawodowo z żadną instytucją finansową. W przeciwnym razie dostajemy porady dalekie od obiektywności i dziennikarskiej rzetelności. Paul Knott, właśnie jako biznesmen, a nie finansista, w błyskotliwy sposób zmierzył się z ogromem finansowych niuansów, wykazując się fachową wiedzą i tłumacząc w zrozumiały sposób zawiłości świata finansów.

Na marginesie, muszę pochwalić polskiego wydawcę za świetną pracę redakcyjną. Za każdym razem, gdy Paul Knott nieco przesadza, dając się ponieść urokowi swoich wywodów, polski redaktor natychmiast daje kontrę i tłumaczy w przypisach, na czym polega błąd autora. Dzięki temu dostajemy do rąk świetną książkę, do tego umiejętnie skorygowaną przez polskich fachowców.

1. Główna idea zawarta w tej publikacji:

Fundamentem książki jest teza, że “niewiedza jest błogosławieństwem, dopóki nie sprawia bólu”. Trudno o lepszy punkt wyjścia do rozważań o finansach osobistych, ze szczególnym uwzględnieniem technik inwestycyjnych. Autor proponuje nam intelektualną wycieczkę po takich, niekiedy dosyć odległych od siebie, dziedzinach wiedzy jak neuroekonomia, strategie inwestycji giełdowych, błędy poznawcze czy nawet wiarygodność ekspertów. Mówi o rzeczach mało znanych, i z tego względu jest to książka wielce wartościowa.

Rzadko zdarza się, by w jednym miejscu można było znaleźć wyczerpujące opisy i wytłumaczenie błędów poznawczych w odniesieniu do finansów i strategii inwestycyjnych. A w dziedzinie inwestowania mamy ich całą masę, i jeśli ktoś nie zdążył zapoznać z podstawowym katalogiem błędów poznawczych, a nie ma czasu na studiowanie opasłego tomu “Pułapek myślenia” Kahnemana, powinien zacząć od “To boli” Paula Knotta. Albo inaczej. Jeśli nie słyszałeś o awersji do straty, luce empatii, efekcie świeżości, pułapce dostępności, efekcie potwierdzenia czy złudzeniu kompetencji, a chcesz zajmować się, albo już się zajmujesz, inwestowaniem w jakiejkolwiek postaci, najwyższy czas sięgnąć po tę książkę.

2. Co warto wiedzieć o autorze książki?

W zasadzie o autorze wiadomo niewiele, nawet nie znajdziemy o nim notki na Wikipedii, można się tylko domyślić, że skrzętnie skrywa swoją prywatność. Studiował matematykę na University of London  i marketing w TIAS Business School w Holandii, a zawodowo zajmuje się biznesem i doradztwem. “To boli” jest jego jedyną książką, ale wydaną przez renomowane wydawnictwo Pearson Business.

3. Cytaty warte przytoczenia:

“Żeby zachować, a nawet pomnożyć własny majątek, trzeba poznać zasady gry, w którą zostaliście wciągnięci wbrew waszej woli” [2]
Continue reading

Bank 3.0 – Brett King – recenzja

Główna idea zawarta w tej publikacji:

Klucz do zrozumienia tej książki znów leży w podtytule, a nie w tytule, i to w wersji oryginalnej, a nie spolszczonej. Polska wersja podtytułu brzmi: “Nowy wymiar bankowości”, natomiast po angielsku: “Why banking is no longer somewhere you go but something you do”, czyli tłumacząc dosłownie: “Dlaczego bankowość to już nie to, dokąd idziesz, ale to, co robisz”. To dlatego maleje znaczenie oddziałów, a rośnie Internetu i sieci społecznościowych. Brett King tłumaczy to tym, że przepaść pomiędzy klientem a instytucjami finansowymi rośnie w zastraszającym tempie, głównie za sprawą braku zrozumienia przez bankowców nowych trendów konsumenckich i społecznych. Tym samym, podkreśla autor, pozycja banków ulega systematycznemu osłabieniu, a konkurencja całkowicie zmienia obraz branży, nie przypominając niejednokrotnie instytucji bankowych (vide: rola walut alternatywnych czy pożyczki społecznościowe). Książka w wielu kwestiach sprawia wrażenie zimnego prysznica dla branży bankowej, czego dowodem jest choćby komentarz Wojciecha Sobieraja, prezesa zarządu Alior Banku, który wypowiada się o niej tak: “To jest oczo-otwieracz bankowej branży. Co my tu robimy? Jak długo jeszcze? jak nie my, to kto? Co zrobić, aby nie zostać zmiecionym przez rewolucję mobilną [...] i nie podzielić losu tylu innych branż”. [1]

Co warto wiedzieć o autorze książki?

Brett King [2] to australijski biznesmen, futurysta i autor takich bestsellerów jak Bank 2.0 czy Bank 3.0. Uznawany za jednego z największych innowatorów i wizjonerów w dziedzinie bankowości na świecie. Założyciel startupu i aplikacji o nazwie MovenBank, obecnie Moven [3], służącej do monitorowania w czasie rzeczywistym dokonywanych wydatków. Continue reading

Tworzenie modeli biznesowych – A. Osterwalder, Y. Pigneur – recenzja

O sukcesie biznesu w dużej mierze decyduje dobry plan. A jeśli plan zostaje sporządzony według nowoczesnej, dostosowanej do nowych modeli biznesowych, metodologii, tym lepiej dla planu i przyszłego biznesu. Z tego względu “Tworzenie modeli biznesowych” zasługuje na szczególną uwagę.

Nie ukrywam jednak, że mam spore trudności z zaklasyfikowaniem tej książki. W zasadzie łatwiej stwierdzić, czym ta pozycja nie jest. A więc na pewno nie jest poradnikiem, nie jest całościowym kompendium, ani nie jest katalogiem studiów przypadku. W podtytule czytamy, że to podręcznik wizjonera, i takie określenie tematu książki wydaje się dużo bardziej uczciwe i trafne. Siłą “Tworzenia modeli biznesowych” jest bowiem inspirowanie do dokładnego opracowywania biznesplanu, z zastosowaniem metodologii “business canvas”. Doczekała się ona zresztą wielu wariantów, z których największy rozgłos zyskał tzw. “lean canvas”.

Jedyny zarzut: to kolejna książka, gdzie studia przypadku traktuje się jako źródła strategii do zastosowania we własnym biznesie. tak jakby miały gwarantować sukces każdemu, kto zastosuje się do podanych wskazówek, na bazie danych z przeszłości i historii sukcesu podanych w książce. A przecież case study to wynik myślenia i analizy retrospektywnej, która często prowadzi do wniosku, że to właśnie strategia była odpowiedzialna za sukces danej firmy. Niestety, to typowe złudzenie zrozumienia [1], i naginanie faktów do rzeczywistości. Czynników wpływających na sukces danej firmy jest bowiem znacznie więcej, a ich analizy na próżno szukać w publikacjach tego typu.

1. Główna idea zawarta w tej publikacji:

Książka prezentuje innowacyjny model planowania biznesowego [2], który, notabene, sam w sobie jest innowacją biznesową: w końcu książka sprzedała się w nakładzie miliona egzemplarzy i została przetłumaczona na 30 języków.  W największym skrócie: zamiast wielostronicowego, klasycznego biznesplanu, autorzy proponują, aby cały pomysł na biznes zmieścić na jednej kartce formatu A4! I to nie tylko sam pomysł, ale też takie detale jak segmenty klientów docelowych, strukturę kosztów, strumienie przychodu, propozycję wartości, kanały dystrybucji, kluczowe działania czy kluczowe zasoby. Czas pokazał, że Osterwalder i Pigneur trafili idealnie w potrzeby zagubionych przedsiębiorców, którzy mieli spore problemy z całościową analizą swojego pomysłu lub już działającego biznesu. Continue reading