Category Archives: Błędy poznawcze i heurystyki

Sukces w ujęciu Malcolma Gladwella

Kim jest Malcolm Gladwell, wie niemal każdy, kto interesuje się biznesem, psychologią lub ekonomią. Ten etatowy dziennikarz New York Timesa, jak wielu jego kolegów po piórze, zyskał międzynarodowy rozgłos jedna nie za sprawą artykułów, ale książek. W zasadzie każda z jego publikacji osiągnęła status bestsellera, począwszy od “Błysku” i “Punktu przełomowego”, przez “Poza schematem” i “Co powiedział pies”, a skończywszy na najnowszym tytule, “Dawid i Goliat”. W efekcie Gladwell wzbogacił się o kilkanaście milionów dolarów, a jeśli przedstawicielowi dużej korporacji przyjdzie do głowy zaprosić go na wygłoszenie prelekcji, będzie musiał liczyć się z wydatkiem minimum 80 tysięcy dolarów. Oszałamiający sukces.

Jednak czym tak naprawdę wyróżniają się jego książki spośród tysięcy innych? Co sprawia, że czytelnikom na całym świecie w zasadzie obojętna jest tematyka, którą Gladwell porusza w kolejnej publikacji. I tak ją wykupią w ponadmilionowym nakładzie z powodu nazwiska autora na okładce. Najprostszą odpowiedzią na tak zadane pytanie, choć z pewnością mocno zaskakującą, jest zjawisko zwane “gladwelizmem“.

Jak ironicznie zauważają niektórzy krytycy, to zupełnie nowy gatunek literacki. Tak  – literacki  – nie ma tu mowy o pomyłce. “Gladwelizm” polega, w największym skrócie, na subiektywnej interpretacji badań naukowych i zjawisk społecznych, co z kolei prowadzi do wyciągania zbyt dalekosiężnych wniosków, na dodatek na bazie zbyt małej próbki danych. Bez wątpienia, Gladwell okazał się w tym gatunku niezrównanym mistrzem.

Subiektywność interpretacji prac, na jakie się Gladwell powołuje, sprawia, że nieustannie musi on balansować między prawdą a półprawdą. Dla wielu czytelników jego książki to literatura popularnonaukowa, wyjaśniająca w uproszczonej, ale maksymalnie uczciwej formie, implikacje niektórych prac naukowych, głównie z dziedziny ekonomii, psychologii i socjologii. Dla innych jego twórczość to nic innego jak mistrzowskie opowiadanie historyjek i anegdot, wymieszanych z dobrze udokumentowanymi faktami.

Co ciekawe, Gladwella czytają nawet najwięksi jego krytycy i wrogowie. Z dwóch powodów. Po pierwsze, jego książki czyta się jednym tchem. Jest tam wszystko, co powinno znaleźć się w dobrej opowieści. Wyrazisty bohater, konflikt, próba jego rozwiązania, błądzenie i porażki, a na koniec, zaskakująca puenta. Po drugie, jeśli chcesz krytykować twórczość jakiegokolwiek pisarza, musisz najpierw zapoznać się z jego książkami. Niby proste, choć odnoszę wrażenie, że większość komentatorów jego publikacji jednak nie czytało, lub czytało bardzo pobieżnie.

Wśród wielu wątków, jakie porusza Gladwell, jest temat, który interesuje niemal każdego czytelnika. Mianowicie, jak odnieść sukces i jakie czynniki za nim stoją. Próbą odpowiedzi na te pytania jest, jakżeby inaczej, bestsellerowa książka “Poza schematem”, ze znamiennym podtytułem: “sekrety ludzi sukcesu”. Świetna lektura. Wiele zawartych w niej wniosków jest trafnych i zaskakujących. Ale nie wszystkie, i tu zaczyna się cała opowieść.

Najwięcej kontrowersji wywołało jedno zdanie, które zostało następnie podchwycone i spopularyzowane przez dziesiątki innych publicystów, pisarzy i samych czytelników. W pełnym brzmieniu brzmi ono następująco: “Badacze ustalili (nawet) magiczną liczbę godzin ćwiczeń konieczną do osiągnięcia prawdziwej biegłości w jakiejś dziedzinie: wynosi ona dziesięć tysięcy godzin.” [1] Dla laików to zabrzmi jak niezaprzeczalny fakt. Mamy tu naukowców, mamy tu uogólnienie na wszystkie dziedziny, i mamy konkretną receptę na sukces. A pikanterii dodaje fakt, że Gladwell użył sformułowania “magiczna liczba”, jak w ckliwej powieści dla młodzieży. Ale nie tylko laicy uwierzyli na słowo autorowi. Cała rzesza czytelników, nawet tych dobrze orientujących się w terminologii psychologicznej, bezrefleksyjnie przyjęła wersję autora za dobrze udokumentowaną i wiarygodną.

Prawda jest niestety bardziej skomplikowana, choć stosunkowo łatwo do niej dotrzeć, sięgając do źródeł, na jakie powołuje się pisarz. Zacznijmy od tego, że Gladwell opiera się w głównej mierze na badaniach Andersa Ericssona, który sformułował teorię “celowego ćwiczenia”. Zajmował się on analizowaniem sukcesów wśród mistrzów i ekspertów, i na bazie wyników swoich eksperymentów doszedł do wniosku, że najlepsi z najlepszych poświęcali na żmudne ćwiczenia i treningi średnio 10 000 godzin, zanim osiągnęli mistrzostwo w swoim fachu. Kluczowym słowem jest tu “średnio”, bo Ericsson nigdy nie twierdził, że 10 000 to niezbędne minimum dla każdego mistrza w dowolnej dziedzinie. W niedawno opublikowanym artykule Ericsson przyznał dosadnie, że w żadnej swojej pracy naukowej nie użył terminu “zasada 10 000 godzin”, a wyniki jego badań zostały opacznie zinterpretowane, z Gladwellem na czele. [2]

Publikacja “Poza schematem” sprawiła, że wnioski z nieznanych szerzej badań Ericssona zostały spopularyzowane w wersji zniekształconej, czyli takiej, na jakiej Gladwell mógł oprzeć swoją tezę. Stąd gladwellowska formuła, reguła, lub zasada 10 000 godzin. Jego zdaniem, 10 000 godzin ćwiczeń to minimum, które jest niezbędne do odniesienia sukcesu. Nieprzypadkowo znajdziemy w książce przykłady ludzi sukcesu, których biografie potwierdzają tę “regułę”. Zarówno Beatlesi, jak i Bill Gates, którym autor poświęca najwięcej miejsca, spędzili co najmniej 10 000 godzin ćwiczeń, zanim osiągnęli sukces. Zresztą o tym, jak bardzo “Poza schematem” odbiega od naukowych standardów, jest jedno, głęboko zapadające w pamięć zdanie. Na pytanie, jakie Gladwell zadaje sobie i czytelnikom: “Czy reguła dziesięciu tysięcy godzin to ogólny przepis na sukces?, proponuje następującą metodę: “Sprawdźmy tę hipotezę na dwóch przykładach” [3]. Na dwóch!

Co by się jednak stało, gdybyśmy wzięli pod uwagę fakty pominięte przez autora? A więc, po pierwsze, Gladwell nagiął wnioski Ericssona do własnej tezy, i zamiast średnio 10 000 godzin, nagle mamy minimum 10 000 godzin, co jest kolosalną różnicą. Po drugie, biorąc Beatlesów i Gatesa za przykłady potwierdzające prawdziwość tezy Gladwella, pominął on dziesiątki tysięcy programistów i zespołów muzycznych, które albo odniosły sukces, ćwicząc dużo mniej lub dużo więcej, lub które nie odniosły sukcesu, mimo żmudnych ćwiczeń idących w tysiące godzin. To typowy błąd przeżywalności, zwany też błędem selekcji danych lub efektem antropicznym. Polega na skupianiu się na tych danych, które są dostępne, z pominięciem tych, do których nie udało się dotrzeć, lub które zostały pominięte, świadomie lub przypadkowo.

Niezamierzonym skutkiem ukazania się tej książki okazało się więc spopularyzowanie jakże uproszczonej wizji sukcesu. A ileż osób uwierzyło w tę “magiczną zasadę”!

Drugim poważnym nadużyciem ze strony Gladwella jest wykreowanie wrażenia, że o sukcesie w dużej mierze decyduje … data urodzenia. Teoria zaprezentowana przez Gladwella nosi wszelkie znamiona wiarygodności. Przykład: zdaniem autora idealnym rocznikiem dla osób, które odniosły największy sukces w Dolinie Krzemowej, był zakres dat 1954-1955. Na bazie półstronicowej analizy autor dochodzi do wniosku, że osoby urodzone przed 1952 rokiem, gdy zaczynała się era komputerów, czyli w okolicach roku 1972, należały już do starego systemu (komputery mainframe) i nie chciały ryzykować utraty pracy w imię niepewnej przyszłości (rozwój komputerów osobistych). Z kolei osoby urodzone po 1958 roku, były zdaniem Gladwella zbyt młode na sukces, bo nie miały wystarczającego doświadczenia w programowaniu (bo nie miały gdzie ćwiczyć, w przeciwieństwie do Gatesa i jego kolegów z Seattle). Nie jest więc żadnym zaskoczeniem, że daty urodzenia najbardziej znanych postaci z Doliny Krzemowej pasują zaskakująco dobrze do wysuwanej przez autora tezy: Bill Gates urodził się w 1955 roku, Paul Allen w 1953 r., Steve Ballmer w 1956 r., Steve Jobs w 1955 r, a Eric Schmidt w 1955 r. [4] Gladwell trzyma się tej tezy także w innym rozdziale, opisując losy nowojorskich prawników żydowskiego pochodzenia, którzy zrobili spektakularne kariery w w latach 70-tych, gdy na znaczeniu i popularności zaczęły zyskiwać fuzje i wrogie przejęcia firm. Tu znowu jednym z głównym czynników odpowiadających za sukces była data narodzin, a dokładnie rok 1930, wyznaczający środek niżu demograficznego [5].

Niestety, z taką interpretacją faktów historycznych są dwa problemy. Po pierwsze, przy zastosowaniu odwrotnej metodologii, moglibyśmy dojść do podobnych wniosków. Wystarczyłoby wziąć pod lupę jakikolwiek rocznik, a następnie dopasować do niego konkretny trend społeczny czy kulturalny. Gwarantuję, że po przekopaniu się przez przepastne tomy roczników statystycznych i innych danych źródłowych, z pewnością natrafilibyśmy na zjawisko, które wyniosłoby na piedestał całe pokolenie, a być może tylko jeden konkretny rocznik. Tym sposobem mogłoby się okazać, że każdy rocznik ma swoich bohaterów i ludzi sukcesu, tylko w dziedzinach mniej spektakularnych niż programowanie czy zawód prawnika. Tej tezy nie jestem oczywiście w stanie teraz udowodnić, jednak takie ćwiczenie myślowe pokazuje, że wśród tysięcy zjawisk i danych zawsze możemy znaleźć to, czego szukamy. I odnoszę wrażenie, że Gladwell właśnie tak postąpił. Pokazał nam wyjątkowość pewnych roczników, mimo że każdy, po skrupulatnej analizie, odsłonił by nam swoich ludzi sukcesu.

Druga sprawa wymagająca komentarza to fakt, iż Gladwell, snując opowieści o rozmaitych sposobach na odniesienie sukcesu, nadmiernie eksponuje rolę czynników zewnętrznych. W zasadzie treść “Poza schematem” można by ująć w jednym zdaniu: żeby odnieść sukces, musisz mieć niesamowite szczęście. Nie dość, że trzeba urodzić się w odpowiednim czasie, i mieć jeszcze zapewnione sprzyjające warunki rozwoju, to na dodatek pewne cechy uwarunkowane są kulturowe, więc nie bez znaczenia jest też miejsce urodzenia. Ale na tym nie kończy się długa lista warunków, jest ich w książce znacznie więcej. Jednak wszystkie z nich mają ścisły związek z tzw. determinizmem społecznym. Gladwell eksponuje bowiem w swych opowieściach te czynniki sukcesu, na które nie mamy wielkiego wpływu. I chwała mu za to, bo akurat to w pewien sposób demitologizuje sukces w popularnym rozumieniu tego słowa. Co więcej, autor niejednokrotnie podkreśla, że sukces zależy od wielu czynników. Mimo to pomija wpływ genów, pomija indywidualne predyspozycje, pomija indywidualne skłonności do trzymania się wyznaczonego treningu, a wreszcie pomija przypadki, które spełniają wszelkie założenia jego tez, ale które zakończyły się porażką, a nie sukcesem.

To wszystko sprawia, że przedstawionym przez Gladwella historiom brak obiektywności. Najczęściej jest wyeksponowany tylko jeden czynnik,który przyczynił się do sukcesu, i który  – co może najbardziej irytować  – uznawany jest za czynnik kluczowy. Inne czynniki zostały pominięte, a jeśli nawet zostały uwzględnione, to autor poświęca im znacznie mniej miejsca, jakby bagatelizował ich rolę.

Ps. O Gladwellu i “zasadzie” 10 000 godzin pisałem już wcześniej, i zapewne jeszcze nie raz będę wracał do tego tematu [6].

[1] “Poza schematem”, Malcolm Gladwell, Znak, 2009, str. 49
[2] W artykule: “Training history, deliberate practise and elite sports performance: an analysis in response to Tucker and Collins review  – what makes champions?”, K Anders Ericsson, Br J Sports Med 2013 47: 533-535 originally published online October, 30, 2012
Ericsson używa takich słów:
“Given that this is my first opportunity to comment on ‘the 10 000 h rule’—a term that I do not use in my own papers— it is important to point out the differences and inconsistencies with our research findings and the popular internet view.”
[3] “Poza schematem”, Malcolm Gladwell, Znak, 2009, str. 57
[4] ibidem, str. 71
[5] ibidem, str. 149
[6] http://ekonomiaprzetrwania.pl/mit-10-000-godzin-malcolma-gladwella/

Umowa z samym sobą, czyli czego możemy nauczyć się od Odyseusza

Czy zdarzają ci się zachowania, których chciałbyś, i mógłbyś, uniknąć? Co więcej, wydaje ci się, że masz dość silnej woli, by kolejny raz nie popełnić tego samego błędu? A i tak go popełniasz. Wchodzisz do sklepu kupić jeden prezent, a wychodzisz z całym koszykiem nieplanowanych wcześniej produktów? Wchodzisz do kolektury lotto, by puścić jeden kupon za 4 zł, a wydajesz 40 zł, bo akurat (znowu) była kumulacja?

Innymi słowy, nie odnosisz przypadkiem wrażenia, że czasem zachowujesz się irracjonalnie, mimo że wcześniej mówiłeś sobie, że tym razem zachowasz się inaczej, tak jak wcześniej sobie zaplanowałeś? Jeśli tak, to omówiona w tym artykule strategia może znacznie zwiększyć nie tylko twoją produktywność, ale też poczucie kontroli nad swoim życiem.

Idea jest banalnie prosta. Jeśli sam nie dajesz sobie rady ze złym nawykiem, lub chcesz wykształcić w sobie nowe, dobre przyzwyczajenie, to znajdź sobie sprzymierzeńca, który cię wesprze w twoim postanowieniu. Używając słów Davida Eaglemana, amerykańskiego neuronaukowca: “jeśli nie możesz polegać na własnym systemie racjonalnym, to go od kogoś pożycz” [1].

Co najciekawsze, sprzymierzeńcem może być ktokolwiek lub cokolwiek. W wersji “osobowej”, umów się ze znajomym, że jeśli przykładowo codziennie nie napiszesz jednej strony swojej powieści, wtedy za każdy taki dzień zapłacisz mu 100 zł kary. Bez żadnych dyskusji. Umowa może dotyczyć jakiejkolwiek czynności, którą chcesz wykonywać regularnie (np. bieganie) lub którą chcesz zaprzestać (np. objadanie się późnym wieczorem). W wersji “bezosobowej”, zaplanuj do wykonania dwie czynności pod rząd. Najpierw czynność trudniejsza, którą musisz lub chcesz wykonać, a dopiero potem czynność, którą lubisz – jako formę nagrody. Najpierw bieganie, potem ulubiony serial. Nie biegałeś, dzisiaj serialu nie oglądniesz. Brzmi nierealnie? Być może, ale tym, co mnie najbardziej zaskakuje w tej metodzie, jest jej niewiarygodna skuteczność. A jej źródłem jest poczucie uczciwości wobec siebie. Umowę zawierasz sam ze sobą, kontrolę za jej wykonanie powierzając komuś, lub czemuś, z zewnątrz.

Wspomniany już wcześniej David Eagleman, autor “Mózgu incognito”, zapytany o receptę na odniesienie sukcesu i zwiększenie osobistej efektywności [2], odpowiedział tymi słowy: “Uważam, że kluczem do rozwiązania wszystkich tych spraw jest najpierw poważne zastanowienie się, jaką osobą chcemy się stać, a następnie zobowiązanie się do przestrzegania Kontraktu Odyseusza [3], w którym generalnie chodzi o to, aby zmusić się przestrzegania właściwego zachowania [4]“.

Dlaczego o tym piszę? Uważam bowiem, że wspomniana strategia jest jedną z najlepszych, jakie kiedykolwiek wymyślono w zakresie rozwoju osobistego. Prekursorem był oczywiście sam Odyseusz (gwoli ścisłości, zwany też Ulissesem, dlatego strategia w literaturze anglojęzycznej znana jest jako “Ulysses pact” lub “Ulysses contract”), który przed wyruszeniem w morze nakazał swoim kompanom przywiązać się do masztu, by oprzeć się pokusie ze strony Syren, kuszących z brzegu jednej z pobliskich wysp. Oddajmy jeszcze raz głos Eaglemanowi, który komentuje zachowanie Odyseusza w następujący sposób: “Mit ten ilustruje, jak ludzki umysł wyciąga wnioski dotyczące wzajemnego oddziaływania frakcji krótko- i długoterminowych korzyści. Skutek jest niezwykły: umiemy negocjować z przewidywalnymi wersjami naszego umysłu z różnych punktów w czasie” [5]

Sedno tej strategii leży więc w dobrowolnym postanowieniu, że w razie pojawienia się konkretnej sytuacji w przyszłości, zachowamy się tak, jak sobie postanowiliśmy odpowiednio wcześniej. W tym celu “ja z teraźniejszości” niejako utrudnia życie “mnie z przyszłości”, zastawiając na niego mentalną lub wręcz fizyczną pułapkę. A wszystko po to, by “ja z przyszłości” nie popełniło błędu, którego “ja z teraźniejszości” jest świadome i którego za wszelką cenę chce uniknąć w przyszłości.

Wśród wielu zalet tej strategii, trzy z nich są dla mnie kluczowe. Po pierwsze, to ty sam doskonale wiesz, co jest twoim problemem, który chcesz rozwiązać; po drugie, sam ustanawiasz warunki umowy z samym sobą; i po trzecie, panujesz nad całym procesem. Nie twierdzę, że umowę Odyseusza można zastosować w każdej sytuacji (na pewno nie nadaje się do rozwiązywania poważnych problemów psychologicznych, w takim wypadku zalecany jest jak najszybszy kontakt z lekarzem specjalistą). Nie twierdzę też, że nie ma ona żadnych minusów. Jednym z nich może być chociażby to, że tylko ty jesteś odpowiedzialny za swoją umową. W efekcie może się zdarzyć, że nikt poza tobą nie będzie znał jej szczegółów, choć oczywiście można w umowę wciągnąć także inną osobę – wtedy możesz mieć dodatkowe “zabezpieczenie” czy gwarancję, że dotrzymasz swojego postanowienia. Biorąc pod uwagę wspomniane za i przeciw, szczerze zachęcam do jej przetestowania.

Dan Ariely, jeden z najbardziej znanych przedstawicieli ekonomii behawioralnej, uległ niegdyś poważnemu wypadkowi. Po dwuletnim pobycie w szpitalu, gdzie głównie leczył rany po ciężkich oparzeniach, musiał następnie, już w domowym zaciszu, samodzielnie aplikować sobie bolesne zastrzyki. Po pewnym czasie okazało się, że jako jedyny z rekonwalescentów wypełnił wszystkie zalecenia lekarskie. Źródłem jego sukcesu okazała się właśnie umowa Odyseusza. Będąc fanem filmów video, postanowił, że codziennie wieczorem będzie oglądał jeden nowy film (korzyść krótkoterminowa), ale zanim go włączy, zaaplikuje sobie zastrzyk (korzyść długoterminowa). Zresztą posłuchajcie sami jego niesamowitej historii (video z napisami w języku polskim):

Źródła:

[1] Mózg incognito, David Eagleman, Carta Blanca, 2013, str. 161

[2] “Hello Dr Eagleman. What are some concrete advice from a neuroscientist perspective to: stop doing nothing on my computer all day, increase (psychological) energy, motivation, deal with my social anxiety,decrease my sensitivity to social situations, decrease my social inhibition and care less about what people are thinking, manage anger, how to feel/be happy (what does is mean for the brain to be happy).”
http://www.reddit.com/r/IAmA/comments/v85vk/i_am_david_eagleman_neuroscientist_and

[3] https://en.wikipedia.org/wiki/Ulysses_pact

[4] “I think the key to solving all these issues is to think hard about the kind of person you want to be and then set up a Ulysses Contract with yourself — essentially a way of binding yourself to the right kind of behavior.”
http://www.reddit.com/r/IAmA/comments/v85vk/i_am_david_eagleman_neuroscientist_and

[5] Mózg incognito, David Eagleman, Carta Blanca, 2013, str. 159

Czarny łabędź, Nassim Taleb – recenzja

Taleba jako obrazoburczego eseistę i pełnego pogardy dla ekonomistów filozofa można nie lubić. Ale Taleba jako speca od szacowania ryzyka i “dyżurnego dysydenta na Wall Street” [1] należy uważnie wysłuchać. Nie można bowiem przejść obojętnie obok wielu jego koncepcji, których z powodzeniem użył jako pretekst do ataku na skostniały system finansowy.

Bodaj najbardziej znana jego koncepcja nosi nazwę “czarnego łabędzia“.  W ujęciu autora, Czarny Łabędź to zdarzenie rzadkie, które można opisać na trzy sposoby. Po pierwsze, jest nietypowe, co sprawia, że nie można go w żaden sposób przewidzieć. Po drugie, jego wpływ na rzeczywistość jest ogromny, nieraz katastrofalny. I wreszcie, jego wystąpienie, mimo braku możliwości jego przewidzenia,  łatwo jesteśmy sobie w stanie wyjaśnić, co sprawia, że po fakcie wydaje nam się, że dane zdarzenie było jednak łatwo przewidzieć.

Taleb rozróżnia dwa rodzaje Czarnych Łabędzi: pozytywne i negatywne. Oba są równie mało prawdopodobne, a różnica polega na ewentualnych skutkach, jakie ze sobą niosą owe rzadkie, nieprzewidywalne zdarzenia. Do pierwszej grupy, czyli pozytywnych  Czarnych Łabędzi, Taleb zalicza takie zdarzenia jak nieoczekiwane zyskanie statusu bestsellera danej książki, wynalazki i odkrycia naukowe czy inwestycje funduszy Venture Capital. Do drugiej, negatywnej, zalicza wojny i kryzysy, których skutki są zazwyczaj opłakane i dalekosiężne. Przy czym zdaniem autora, mimo że pewne zdarzenia jesteśmy w stanie teoretycznie przewidzieć, to „obawiamy się nie tych nieprawdopodobnych zdarzeń co trzeba” [2]. W celu zilustrowania tej tezy, Taleb wprowadza kolejne rozróżnienie: na Czarne Łabędzie, o których można usłyszeń w mass mediach, np. spodziewane pęknięcie bańki inwestycyjnej, oraz na Czarne Łabędzie, „o których nikt nie mówi, ponieważ nie uwzględniają ich obecne modele” [3], np. „czarny poniedziałek” w dniu 19 października 1987 roku, gdy Dow Jones zanotował spadek w rekordowej wysokości 22 procent [4].

BlackSwanŹródło: Kurhaus Publishing

Co sprawiło jednak, że „Czarny Łabędź” zyskał tak wielką popularność na całym świecie? W końcu 3 miliony sprzedanych egzemplarzy i tłumaczenia w 33 językach świadczą o tym, że z perspektywy rozprzestrzeniania się doniosłych idei mamy do czynienia ze zjawiskiem wyjątkowym.

Na temat prawdopodobieństwa i szacowania ryzyka napisano setki, jeśli nie tysiące, książek i prac akademickich. Ale to „Czarny łabędź” wzbudził najwięcej kontrowersji, a Nassim Taleb zyskał największą sławę wśród autorów zajmujących się tematyką niepewności, ryzyka i rzadkich zdarzeń. Na czytelników, którzy książki o prawdopodobieństwie czy statystyce uważają za nudne lub zbyt naukowe, czeka tu spora niespodzianka. Mamy tu bowiem do czynienia z autorem w każdym calu nietuzinkowym, momentami obrazoburczym, a przede wszystkim bardzo wyrazistym. To z pewnością w dużej mierze przyczyniło się do ogromnego sukcesu książki. Prawdopodobnie ten sam temat omówiony przez autora miałkiego i bardziej stonowanego mógłby przejść bez echa.

Choć nie należy zapominać o jeszcze jednym czynniku, kto wie czy nie najważniejszym. „Czarny łabędź” ukazał się w 2007 roku, tuż przed wystąpieniem ogólnoświatowego kryzysu bankowego rok później. A Taleb został uznany, choć niesłusznie, jak sam przyznaje, za jednego z nielicznych fachowców i publicystów, którzy „przewidzieli” ów kryzys, nazwany po fakcie, jakżeby inaczej, Czarnym Łabędziem. Autor przypomina jednak w posłowiu, napisanym trzy lata po debiucie, że Czarny Łabędź to zdarzenie, którego przewidzieć nie można, co w przypadku kryzysu nie miało miejsca, bo „wynikał on z kruchości systemów, które nie wiedziały o istnieniu zdarzeń z kategorii Czarnego Łabędzia albo nie przyjmowały ich do wiadomości” [5].

Warto w tym miejscu przytoczyć w pełnym brzmieniu konkretne słowa autora, by w pełni zrozumieć źródło popularności Taleba w tak wielu środowiskach. Przypomnijmy, był rok 2007, a Taleb pisał, że „rosnąca koncentracja banków wydaje się obniżać prawdopodobieństwo kryzysów finansowych, ale jednocześnie, kiedy już wystąpią, będą miały bardziej globalną skalę i mocno w nas uderzą [6], by zaraz dodać, że „kryzysy będą rzadsze, ale poważniejsze. Im rzadsze zdarzenie, tym mniej wiemy o jego prawdopodobieństwie. To znaczy, że coraz mniej rozumiemy prawdopodobieństwo kryzysy finansowego [7]”.

Jednak najbardziej znane słowa, jakie wyszły spod pióra Taleba, brzmią następująco: „Każdego, kto wyrządza swoim prognozami szkody, należy traktować jako głupca lub kłamcę. Niektórzy progności szkodą społeczeństwu bardziej niż przestępcy. Błagam, nie siadajcie za kierownicą autobusu szkolnego z zawiązanymi oczami [8]. Przy czym głupcami i kłamcami mieli być, zdaniem Taleba, wszyscy ci, którzy zajmują się przygotowaniem i publikowaniem prognoz ekonomicznych, a ich głównym mankamentem jest to, że są one zafałszowane i nierzetelne, bo oparte na złych modelach i wybiórczych danych.

Na marginesie, w książce pojawia się polski akcent. O tyle zaskakujący, bowiem rzadko zdarza się, by zagraniczny autor w bestsellerowej książce (przypomnę, ta sprzedała w nakładzie ponad 3 milionów egzemplarzy), cytował polskich autorów. Tutaj międzynarodowej nobilitacji doczekali się dwaj rodzimi naukowcy, Tadeusz Tyszka i Piotr Zielonka [9], a pracą, na którą powołuje się Taleb, jest ich badanie porównujące umiejętności prognostyczne analityków finansowych i meteorologów [10].

Zaintrygowanych koncepcją Czarnego Łabędzia i jego szczegółową charakterystyką odsyłam do lektury. Co więcej, Taleb, choć nieco chaotycznie, porusza tu multum tematów, takich jak problem indukcji, błędy poznawcze, problem eksperta, skalowalność kariery, przypadkowe odkrycia, strategia sztangi czy jakość naszych prognoz. Powodów, dla których warto sięgnąć po tę książkę, jest więc naprawdę sporo. Ale gdybym miał podać jeden, główny powód, brzmiałby tak: wiedza o zdarzeniach o niskim prawdopodobieństwie jest niezbędna, by uniknąć poważnych błędów, także tych finansowych. A do tej pory nie spotkałem się z publikacją, która by tłumaczyła kwestie zarządzania ryzykiem lepiej niż uczynił to Nassim Taleb w „Czarnym Łabędziu”.

Źródła:

[1] Jakże trafny opis Taleba w wykonaniu Malcolma Gladwella.
Źródło: Co widział pies?, M. Gladwell, Znak, 2011, str. 63

[2-3] Czarny łabędź, Nassim Taleb, Kurhaus Publishing, 2014, str. 131

[4] http://pl.wikipedia.org/wiki/Czarny_poniedzia%C5%82ek_%281987%29

[5] Czarny łabędź, Nassim Taleb, Kurhaus Publishing, 2014, str. 448

[6-7] ibidem, str. 324

[8] ibidem, str. 245

[9]  ibidem, str. 226

[10] Tyszka T., Zielonka P., 2002, „Expert Judgements: Financial Analysts Versus Weather Forecasters”, Journal of Psychology and Financial Markets, 3(3), str. 152-160

Efekt pewności wstecznej i efekt wyniku na przykładzie relacji medialnych na temat Rona Wayne’a, współzałożyciela Apple’a

Źródłem naszych błędów jest zazwyczaj niewiedza lub niekompetencja. W przypadku relacjonowania historii Rona Wayne’a [1], jednego z trzech współzałożycieli firmy Apple, dziennikarze wykazali się zarówno słabym researchem, jak i błędną interpretacją faktów [2].

Jego historia, w interpretacji współczesnych mediów, wygląda mniej więcej tak:

1 kwietnia 1976 roku Steve Jobs, Steve Wozniak i Ron Wayne założyli firmię Apple, sporządzając i podpisując umowę spółki, w wyniku której dwóch pierwszych założycieli otrzymało po 45 % udziałów, a Ron pozostałe 10 %. Jednak 12 dni później Ron Wayne sprzedał swoje udziały za kwotę 800 dolarów i wycofał się z tego biznesu. Decyzja ta okazała się najgorszą z możliwych. Dziś owe 10 % udziałów w firmie Apple warte byłoby, według różnych szacunków, od 20 do 35 miliardów dolarów. Dlatego Ron Wayne jest uważany za największego nieudacznika w historii biznesu, bo gdyby zachował do dziś swoje udziały, byłby dziś jednym z najbogatszych ludzi na świecie.

Zapoznawszy się z tą historią, zapaliło mi się światełko ostrzegawcze. Czegoś mi tu brakowało, coś mi tu nie pasowało, i co najważniejsze, w tak przedstawionej historii kryje się kilka poważnych błędów poznawczych, na czele z błędem pewności wstecznej (ang. hindsight bias – czyli “ocenianie przeszłych zdarzeń jako bardziej przewidywalnych niż były w rzeczywistości”) [3], efektem wyniku (ang. outcome bias – czyli “nieracjonalne ocenianie przeszłych decyzji w momencie, gdy są już znane ich skutki”) [4] czy złudzeniem zrozumienia [5]. Postanowiłem sięgnąć więc do źródła, czyli sprawdzić, jak do całej sprawy odnosi się sam zainteresowany. Okazało się, że Ron Wayne jest obecnie pełnym wigoru 80-latkiem, który udziela wywiadów, pisze książki i co najciekawsze, przyznaje, że ani minuty nie żałował decyzji podjętej w 1976 roku. A to oznacza, że niepochlebne wobec niego komentarze w mediach nie mają wiele wspólnego z rzeczywistością, są jedynie subiektywną interpretacją poszczególnych dziennikarzy, którzy na dodatek nie zapoznali się z opinią bohatera opisywanej historii.

Posłuchajmy więc wersji zdarzeń Rona Wayne’a, która w skrócie wygląda mniej więcej tak (opracowanie własne na podstawie wywiadu dostępnego poniżej [6]):

“1 kwietnia 1976 roku faktycznie podpisaliśmy w moim mieszkaniu umowę założycielską firmy Apple, w wyniku której otrzymałem 10 % udziałów. Nawet opracowałem pierwszy projekt logo, z Newtonem pod jabłonią. Z Jobsem znaliśmy się z firmy Atari, w której obaj pracowaliśmy. Ja już miałem spore doświadczenie w biznesie, ale moja niedawna inwestycja nie wypaliła i przez dwa lata spłacałem spore długi. Dlatego do nowych przedsięwzięć podchodziłem z dużą rezerwą. Skąd wzięło się owe 10 % udziałów. Otóż Jobs i Wozniak nieustannie się spierali ze sobą, choćby o to, że Wozniak nie chciał przekazać wyłącznych praw do płyty głównej firmie Apple, ale chciał ją też wykorzystywać poza firmą dla swojego indywidualnego zysku, na co Jobs nie chciał się zgodzić. Konfliktów zresztą było wiele, i z każdym dniem ich przybywało. A ja miałem być rozjemcą w sprawach konfliktowych, z prawem decydującego głosu, dlatego zostałem w ogóle zaproszony do udziału w projekcie. Jednak pierwsze zlecenie na 100 komputerów, obarczone dużym ryzykiem klapy finansowej, plus duża pożyczka, jaką zaciągnął Jobs, sprawiły, że ryzyko przekroczyło dla mnie akceptowalny próg. Dlatego wycofałem się. A dziś tego nie żałuję. Ryzyko było dla mnie zbyt duże, po drugie nie pasowaliśmy do siebie charakterami. Ja byłem starszy od obu założycieli o 14 lat, i szukałem raczej stabilizacji, a nie niepewnych przedsięwzięć. A w Apple’u pojawiłem się na moment jako niedoszły rozjemca sporów, a nie czynny współudziałowiec. I gdybym został tam miesiąc albo rok dłużej, to i tak pewnie bym się wycofał. To nie była moja bajka.”

Wersja Wayne’a wydaje się spójna i wiarygodna. Można by oczywiście zadać sobie pytanie, czy Wayne nie racjonalizuje swojej “niefortunnej” decyzji sprzed, jakby nie było, niemal 40 lat, a jego pamięć co do motywów jego decyzji nie uległa zniekształceniu. Tego nie jesteśmy jednak w stanie dociec, i być może sam zainteresowany nigdy do końca tego nie będzie pewny. Jednak to, co mówi dziś, powinno być dla każdego dziennikarza relacjonującego tę historię punktem wyjścia do jakichkolwiek rozważań, a nie faktem pomijanym i zapomnianym.  Niech za komentarz posłużą więc jego własne słowa: “Kiedy zdarzy ci się być w kluczowym momencie historii, nie zdajesz sobie wtedy z tego sprawy“. [7]

I nie zapominajmy, że w międzyczasie Apple mogło zbankrutować, gdyby nie wymuszona przed sąd pomoc ze strony Microsoftu w kwocie 150 milionów dolarów [8]. A po drugie, przy kolejnych rundach inwestycyjnych owe 10 % należące do Rona Wayne’a mogło zmniejszyć się do 1 %, a nawet 0,1 %. A na koniec, znając już obie wersje tej historii  – medialną i samego zainteresowanego  – zadajmy sobie pytanie: jak my sami zachowalibyśmy się w jego sytuacji w 1976 roku, nie wiedząc oczywiście, że Apple zostanie w przyszłości jedną największych firm na świecie? I apel na końcu: nie osądzajmy ludzi tylko i wyłącznie na podstawie ich decyzji z przeszłości, bo nie znamy wszystkich czynników i motywatorów stojących za daną decyzją. A jeśli już zabieramy się za relacjonowanie historii, zacznijmy od źródeł, a nie od opinii powielanych przez inne media [9].

Źródła:

[1] http://pl.wikipedia.org/wiki/Ronald_Wayne
[2] http://pierwszymilion.forbes.pl/4-najgorsze-pomysly-jakie-kazdy-start-up-ma-pod-reka,artykuly,189414,1,1.html
[3] http://pl.wikipedia.org/wiki/Efekt_pewno%C5%9Bci_wstecznej
[4] http://pl.wikipedia.org/wiki/Efekt_wyniku
[5] Pułapki myślenia, Daniel Kahneman, PWN, 2012, str. 270: “Nic nie poradzisz, że choć dane, którymi dysponujesz, są ograniczone, to jednak traktujesz je tak, jakby były pełne i wyczerpujące. Z dostępnych informacji budujesz najlepszą możliwą opowieść, a jeśli historia jest udana, zaczynasz w nią wierzyć”.
[6] https://www.youtube.com/watch?v=LwxFi2r8aFQ
[7] Słowa Rona Wayne’a z wywiadu dla CNN: “But when you’re at a focal point of history, you don’t realize you’re at a focal point of history.
[8] http://www.wired.com/2009/08/dayintech_0806/
[9] http://www.fool.com/investing/general/2013/04/01/the-sad-tale-of-a-forgotten-apple-co-founder-and-h.aspx

Zainteresowanych tą fascynującą i mało znaną historią odsyłam do wywiadu z Ronem Waynem:

Unikajcie porad ludzi sukcesu, czyli błąd selekcji danych w praktyce

Dlaczego przedsiębiorca, który odniósł niebotyczny sukces, nie powinien uczyć innych, jak dokonać tego samego? Odpowiedź jest prosta. O ile jego wskazówki, co należy robić, mogą brzmieć wiarygodnie, to trudno się spodziewać, by wiedział on, czego nie powinno się robić i co stoi na przeszkodzie na drodze do sukcesu. Tę wiedzę posiadają zamiast tego wszyscy ci, którzy ponieśli w biznesie porażkę. I to oni są wiarygodnym źródłem błędów, jakie można popełnić, prowadząc własny biznes. Problem w tym, że historie sukcesu są powszechnie dostępne w formie artykułów, książek i szkoleń, a historie porażek, których jest zdecydowanie więcej, najczęściej są nieznane, zapominane lub pomijane. Tym samym historie sukcesu są nadmiernie reprezentowane w stosunku do historii porażek. Nassim Taleb w “Antykruchości” ilustruje to następującą refleksją: “Informacje mają pewną przykrą własność: ukrywają porażki. Wielu ludzi przyciągnął na rynki finansowe sukces sąsiada, który wzbogacił się na giełdzie i zbudował sobie ogromną willę po drugiej stronie ulicy. Jednakże porażki są zwykle ukrywane i nikt o nich nie słyszy, dlatego inwestorzy przeszacowują swoje szanse na sukces” [1].

Żeby zrozumieć w pełni zakres tytułowego błędu poznawczego, należy się najpierw przyjrzeć czynnikom odpowiedzialnym za sukces. Jest ich oczywiście zbyt wiele, by próbować je wszystkie zebrać w jednym artykule, ale na pewno można wyodrębnić cztery podstawowe przesłanki sukcesu [2]. Będą to:

- kontekst – sukces zależy od warunków rynkowych, od konkurencji, od odpowiedniego momentu wejścia na rynek, czyli od czynników, które nie zależą bezpośrednio od nas, przedsiębiorców, i co się z tym wiąże, literalne podążanie za radami ludzi sukcesu i staranie się powtórzenia ich sukcesu zawsze będzie się kończyć porażką, bo będziemy działać w innym kontekście, w odmiennych uwarunkowaniach rynkowych,
- unikalność: każdy biznes jest inny, dlatego nawet jeśli chcielibyśmy odtworzyć czyjś biznes krok po kroku, to nam się nie uda, bo – patrz kolejny punkt:
- mnogość czynników: wystarczy zmiana jednego parametru spośród tysięcy obecnych, by uzyskać inne rezultaty,
- zmienność: punkty oparcia ulegają ciągłej zmianie (przykłady: zmiany legislacyjne, zmiany w cyklach gospodarczych, zmiany polityczne) – w efekcie jeden przedsiębiorca wykorzysta szansę rynkową, a stu innych, którzy będą chcieli pójść w jego ślady, i którzy będą działać na ciut innych zasadach, już takiego sukcesu nie odniesie.

Ktoś, kto odniósł sukces, zazwyczaj o źródłach swojego sukcesie będzie wiedzieć niewiele. To zaskakujące, ale tak jest, i to z prostego powodu. Opowieść biznesmena o jego sukcesie będzie bowiem koncentrowała się na kamieniach milowych, które pchnęły jego biznes na nowe tory. Jednak taka opowieść nie będzie uwzględniała czynników, zazwyczaj niewidocznych, które miały decydujące znaczenie dla jego biznesu, a były bądź całkowicie losowe, bądź pojawiły się w odpowiednim czasie i odpowiednim miejscu. Znamiennym przykładem jest choćby historia sukcesu Billa Gatesa: gdyby tylko jeden z czynników, które zadecydowały o jego sukcesie, był nieco inny, ktoś inny dzisiaj byłby na jego miejscu. Mam na myśli takie czynniki jak rodzice Gatesa i ich bliskie kontakty z szefostwem IBM; możliwość korzystania przez niego z komputerów, gdy te nie były jeszcze szeroko dostępne; czy fakt urodzenia i przebywania Gatesa w USA w okresie, gdy technologie komputerowe właśnie nabierały rozpędu. To się nazywa urodzić się, a potem rozwijać się i swoje pomysły, w odpowiednim miejscu i w odpowiednim czasie.

Jeszcze gorzej sprawa wygląda, gdy jako obserwator zewnętrzny wyciągamy wnioski jedynie z dostępnych danych, z pominięciem tych, które są niewidoczne, usunięte lub przeoczone. Poniżej kilka przykładów:

1/ Słynna historia z okresu II Wojny Światowej, gdy zespół naukowców otrzymał zadanie zwiększenia szans na dotarcie bombowców do bazy po przeprowadzonej akcji. Po przeanalizowaniu uszkodzeń obecnych na samolotach, które powróciły do bazy, zasugerowano, aby wzmocnić konstrukcję samolotów w miejscach, gdzie uszkodzeń, czyli otworów po pociskach, było najwięcej. Abraham Wald, specjalista od statystyki, był odmiennego zdania, i okazało się, że miał rację. Zauważył on, że do analizy wzięto jedynie samoloty, które do bazy wróciły, pomijając te, które zostały zestrzelone, co okazało się klasycznym przykładem błędu selekcji danych [3], nazywanym też błędem przeżywalności [4] (ang. survivorship bias [5]). Należało bowiem wzmocnić te fragmenty samolotów, na których było najmniej śladów po pociskach, a te z największą ilością takowych okazały się po prostu najbardziej odporne na ostrzał. Więcej na temat tu [6] i tu [7].

2/ Wydaje nam się, że stosunkowo łatwo napisać książkę, która odniesie sukces. Bo hasło “bestseller książkowy” kojarzy nam się z konkretnymi, popularnymi pisarzami. Nie wiemy jednak, ilu pisarzy, nawet bardzo dobrych, bez powodzenia próbowało ze swoimi manuskryptami dotrzeć do wielkich wydawców. Prawdopodobnie więcej niż 99 procent ogółu wszystkich pisarzy nigdy nie doczekało się druku swojej książki.

3/ Uważamy, że dwadzieścia, trzydzieści lat temu produkowane samochody były solidniejsze niż obecnie, mimo że wszelkie dane wskazują jednoznacznie, że dzisiejsze auta są bezpieczniejsze i mniej wadliwe. Skąd więc ten rozdźwięk? Bo koncentrujemy się na opowieściach o pojedynczych egzemplarzach długowiecznych Mercedesów czy Volkswagenów, które swój doskonały stan zawdzięczają albo a/pedantycznym właścicielom, przesadnie dbającym o ich stan, albo b/ kierowcom rzadko i mało eksploatującym swe auta, albo c/ wyjątkowo bezawaryjnym częściom (zgodnie z krzywą Gaussa, znikoma ilość samochodów schodząca z linii produkcyjnych będzie idealna i bezawaryjna przez długie lata), albo wszystkim trzem czynnikom naraz.

4/ W pracach analizujących indeksy giełdowe oraz strategie biznesowe zazwyczaj nie bierze się pod uwagę spółek, które zbankrutowały lub które nie spełniają predefiniowanych kryteriów, co mocno wypacza końcowy wynik. Jednym z najbardziej znanych przykładów błędu selekcji danych pojawił się w słynnej publikacji biznesowej, “Od dobrego do wielkiego” Jima Collinsa. Nie dość, że do analizy najlepiej zarządzanych spółek zostały wybrane firmy, które z przeciętnych firm stały się liderami w swoich branżach. Problem w tym, że spośród 1435 firm Collins wybrał do analizy tylko te, które spełniały jego warunki (przez długi okres niezmiennie dawały stopę zwrotu wyższą niż indeksy giełdowe), a na dodatek niedługo po publikacji książki dwie z jedenastu analizowanych przez niego spółek zbankrutowały (Fannie Mae i Circuit City) [8], a reszta radziła sobie gorzej niż indeksy giełdowe, co sprawiło, że wiarygodność książki (i metodologia doboru spółek do analizy) spadła do zera.

Jakie konsekwencje niesie ze sobą ten błąd poznawczy? Oprócz tych wspomnianych już wyżej, dodam jeszcze jedną, i chyba najważniejszą. Otóż błąd selekcji danych powoduje, że przeceniamy prawdopodobieństwo odniesienia sukcesu, a zarazem zaniżamy prawdopodobieństwo poniesienia porażki. Dlatego prawda jest taka, że większość historii sukcesu nie ma dla nas żadnej wartości, jeśli chodzi o naszą własną karierę czy firmę.

Zainteresowanych tematem polecam wykład Davida McRaneya, autora wydanej w Polsce książki, “Ruletka nawyków” [9]:

[1] Antykruchość, Nassim Taleb, Kurhaus Publishing, 2012, str. 415
[2] Cztery czynniki na podstawie: http://intenseminimalism.com/2013/dont-listen-to-successful-people/
[3] “Błąd selekcji danych” to propozycja spolszczenia angielskiego terminu “survivorship bias” w wykonaniu Trystero, inwestora i blogera finansowego – http://blogi.ifin24.pl/trystero/2010/12/18/survivorship-bias-na-przykladzie/
[4] “Błąd przeżywalności” to z kolei propozycja spolszczenia tego terminu przez Agnieszkę Dąbek-Malczyk, tłumaczkę książki “Sztuka jasnego myślenia” Ralfa Dobelli’ego (link do recenzji).
[5] http://en.wikipedia.org/wiki/Survivorship_bias
[6] http://youarenotsosmart.com/2013/05/23/survivorship-bias/
[7] http://en.wikipedia.org/wiki/Abraham_Wald
[8] Pierwszy zauważył tę rozbieżność Steven Levitt, współautor książki “Freakonomia” (link do recenzji):
http://freakonomics.com/2008/07/28/from-good-to-great-to-below-average/
[9] Ruletka nawyków, David McRaney, PWN, 2013

Sygnał i szum – Nate Silver – recenzja

Z analiz firmy IBM wynika, że 90 procent danych powstałych w całej historii ludzkości to efekt zaledwie ostatnich dwóch lat, a dziennie ludzkość “wzbogaca się” o kolejne 2,5 tryliona bajtów [1]. Jednakże, jak twierdzi Nate Silver [2], ten ogromny przyrost nowych informacji nie oznacza, że jako ludzkość wiemy więcej. Wręcz przeciwnie, coraz bardziej gubimy się w chaosie i natłoku nowych danych, których nikt nie jest obecnie w stanie przetworzyć w takim stopniu, aby wyciągnąć z nich sensowne i wiarygodne wnioski.

Co więcej, Silver zwraca nam uwagę na fakt, że im więcej danych mamy dostępnych, tym więcej pojawia się zmiennych, jednak wartościowych informacji (nowej wiedzy) przybywa znacznie wolniej niż związków statystycznych między nimi. Innymi słowy, wraz ze wzrostem ilości danych, rośnie ich złożoność, a równocześnie w postępie wykładniczym rośnie ilość korelacji. I tu pojawia się największa pułapka. Bo analizując dane i doszukując się związków przyczynowo-skutkowych, eksperci i naukowcy coraz częściej postrzegają szum (informacje nieistotne) za sygnał (informacje istotne), co prowadzi z kolei do błędnych wniosków i marnych teorii. Silver ujmuje to dosadnie: “Większość produkowanych codziennie danych to zwykły szum, którego natężenie rośnie znacznie szybciej niż natężenie sygnału. Jest mnóstwo hipotez do sprawdzenia i zbiorów danych do przeanalizowania, ale ilość obiektywnej prawdy pozostaje w zasadzie niezmienna”.[3]

sygasz

Źródło: Wydawnictwo OnePress

Zarysowana powyżej koncepcja okazała się idealnym punktem wyjścia do napisania jednej z najciekawszych książek ostatnich lat. Jej autorem jest najbardziej znany obecnie ekspert od statystyki w Ameryce, Nate Silver. Po ukończeniu prestiżowego Uniwersytetu Chicagowskiego i nie mniej elitarnej London School of Economics, na początku kariery pracował jako księgowy w korporacji KPMG, by następnie opracować pionierski system PECOTA do analizy statystycznej wyników i osiągnięć zawodników ligi bejsbolowej, który przyniósł mu uznanie w środowisku analityków sportowych. Niedługo potem jego zainteresowania statystyczne znalazły ujście w innej dziedzinie, czyli w polityce. I tu nastąpiła eksplozacja jego talentu. Najpierw jako felietonista piszący pod pseudonimem, a następnie jako redaktor własnego bloga, FiveThirtyEight.com, zyskał prawdziwą i zasłużoną sławę jako autor niezwykle trafnych prognoz wyborczych. W 2008 roku, podczas wyborów prezydenckich, udało mu się wskazać zwycięzcę w 49. z 50. stanów. Warto jednak dodać, że nie wskazuje on jednoznacznie faworyta, tylko określa procentowe prawdopodobieństwo różnych wyników, co najlepiej ilustruje wykres dotyczący zwiększenia liczby mandatów Partii Republikańskiej w wyborach z 2010 roku [4]. Jego prognoza okazała się trafna, ale tylko dlatego, że faktyczne wyniki wyborów zmieściły się w najbardziej prawdopodobnym przedziale prognozowanych przez niego wyników. Jak to później podsumował: “szeroki rozkład wyników uczciwie odzwierciedlał niepewność realnego świata. A [...] prognozowanie konkretnego wyniku było szaleństwem.’[5]

“Sygnał i szum” to książka wielowarstwowa, obrazująca złożoność świata i ukazująca pułapki związane z jego analizowaniem. Zarazem to doskonałe wprowadzenie w skomplikowane zagadnienia związane ze statystyką i prawdopodobieństwem. Wbrew pozorom, to wiedza nie abstrakcyjna i mało przydatna, ale wręcz niezbędna do rozumienia wielu zjawisk, a w niektórych przypadkach ratująca niejedno życie [6]. Każdy z rozdziałów poświęconych jest dogłębnej analizie jednego z takich tematów jak prognozy wyborcze, efekt cieplarniany czy prognozy meteorologiczne. A wszystko w ramach klarownej struktury: rozdziały 1-7 dotyczą problemów związanych z prognozowaniem, a kolejne 6 rozdziałów zajmuje się analizą i zastosowaniem teorii Bayesa.

Dla mnie recenzowana tu książka to jedna z tych lektur, które czyta się zachłannie, a po ich zakończeniu żałujemy, że to już koniec. Na szczęście można ją czytać bez końca. A zważywszy na mnogość zajmujących tematów, co jakiś czas czytam wyrywkowo ulubione rozdziały. Na przykład ten poświęcony rozgrywce Gary’ego Kasparowa z superkomputerem Deep Blue. Albo ten o naukowcach próbujących prognozować trzęsienia ziemi. Krótko mówiąc, jedna z najlepszych i najbardziej wartościowych książek, jak czytałem w tym roku.

[1] “Sygnał i szum. Sztuka prognozowania w erze technologii”, Nate Silver, OnePress, 2014, str. 21
[2] http://en.wikipedia.org/wiki/Nate_Silver
[3] “Sygnał i szum. Sztuka prognozowania w erze technologii”, Nate Silver, OnePress, 2014, str. 21
[4] ibidem, str. 66
[5] ibidem, str. 66
[6] http://wyborcza.pl/1,137662,17000749,Nieznajomosc_matematyki_zabija.html

Spis treści:
Wprowadzenie (11)
1. Katastrofalna nieumiejętność prognozowania (27)
2. Czy jesteś mądrzejszy od pana z telewizji? (53)
3. Liczą się tylko zwycięstwa i przegrane (77)
4. Przez lata mówiliście nam, że deszcz jest zielony (109)
5. Desperackie poszukiwanie sygnału (139)
6. Jak utonąć w łyżce wody (169)
7. Wzór do naśladowania (195)
8. Błądzić coraz mniej (219)
9. Bunt przeciwko maszynom (245)
10. Pokerowa bańka (273)
11. Przechytrzyć rynek (305)
12. Klimat zdrowego sceptycyzmu (343)
13. Niewiedza bywa szkodliwa (381)
Zakończenie (411)
Przypisy (419)

Oficjalna strona wydania polskiego:
http://onepress.pl/ksiazki/sygnal-i-szum-sztuka-prognozowania-w-erze-technologii-nate-silver,sygasz.htm

Autor: Nate Silver
Tytuł: Sygnał i szum. Sztuka prognozowania w erze technologii.
Tytuł oryginału: The Signal and the Noise: Why So Many Predictions Fail – but Some Don’t
Tłumaczenie: Michał Lipa
ISBN: 978-83-246-9122-7
Format: 158×235
Rok wydania: 2014

Dziękuję redakcji wydawnictwa OnePress za udostępnienie egzemplarza recenzenckiego.

Najważniejsza rzecz – Howard Marks – recenzja

Skoro Warren Buffet, inwestor o największych sukcesach i miliardowych zyskach, zachwala książkę innego autora, to wobec tego powinniśmy się spodziewać lektury nie tylko wybitnej, ale przede wszystkim zgodnej z wyznawaną przez niego samego filozofią. Intuicja czytelnicza tym razem mnie nie zawiodła, a książka faktycznie okazała się fascynującym wprowadzeniem w filozofię inwestycyjną najwyższej próby. “Najważniejsza rzecz” to pozycja obowiązkowa dla każdego, kto zajmuje się inwestowaniem w jakiejkolwiek formie, lub dopiero przymierza się do zakupu pierwszej akcji lub jednostki funduszu inwestycyjnego.

Punktem wyjścia do rozważań autora jest stwierdzenie, że udane inwestowanie to nic innego jak “radzenie sobie lepiej niż rynek i inni inwestorzy“[1]. A droga do tak postawionego celu może być dwojaka: albo będziemy liczyli na szczęście, albo będziemy mieć lepszy osąd niż pozostali uczestnicy rynku. Oczywiście, że szczęście może nam od czasu do czasu pomagać, ale autor przypomina, że nie da się na nim zbudować żadnej sensownej strategii. Zostaje nam więc tylko dobry osąd, i to właśnie o nim jest w zasadzie cała książka. Raz nazywany jest on zwyczajnie spostrzegawczym myśleniem, innym razem wyczuciem wartości, jednak najczęściej autor używa sformułowania “myślenie drugiego poziomu“. Howard Marks rozumie przez to umiejętność myślenia o kwestiach, które inni pominęli w swoich analizach, a także umiejętność zachowywania się odwrotnie do większości inwestorów, zwłaszcza na szczytach bessy i hossy. Jest oczywiste, że sztuka ta udaje się tylko nielicznym, jednak, jak twierdzi autor, swoje sukcesy jako prezes i współwłaściciel Oaktree Capital Management, firmy inwestycyjnej zarządzającej 80 miliardami dolarów, zawdzięcza właśnie tej strategii. Tam, gdzie inni widzą spółki tanie, on szuka spółek o zaniżonej wartości. Tam, gdzie inni kupują spółki na przegrzanych rynkach, on już wcześniej zamienił akcje na gotówkę. A jeśli prawdą jest, to co pisze, a wszelkie dane dostępne w internecie zdają się potwierdzać jego wiarygodność, to Howard Marks ma dla inwestorów sporo cennych lekcji.

Jedną z nich jest uświadomienie sobie prostego, ale jakże ważnego faktu, że rzeczywistość charakteryzuje się cyklicznością zjawisk. “Niewiele jest rzeczy” – podkreśla Marks – “których jestem pewien, ale oto, co wiem na pewno: cykle zawsze ostatecznie biorą górę. Nic nie idzie wiecznie w jednym kierunku. Drzewa nie dorastają do nieba. Niewiele rzeczy spada do zera [2]“. A skoro cykliczność jest regułą, a nie wyjątkiem, o czym świadczą okresowo pojawiające się hossy i bessy, dla Marksa jest ona doskonałą okazją inwestycyjną, bo “niektóre z największych możliwości zysku i straty pojawiają się wtedy, kiedy ludzie zapominają o zasadzie numer jeden”[3], czy właśnie o fakcie cykliczności. Ponadto, to właśnie cykliczność odpowiada za wahadłowy ruch rynków finansowych, które cały czas balansują między euforią a depresją oraz między przeszacowywaniem a niedoszacowywaniem [4]. Jednak i tu autor wtajemnicza nas w swoje sprawdzone strategie, co do których ma stuprocentową pewność (i trudno się z nim nie zgodzić), mówiąc, że skrajne zachowanie rynku zawsze się kiedyś odwróci, “a ci, którzy wierzą, że wahadło będzie poruszać się w jednym kierunku wiecznie, ostatecznie stracą ogromne sumy” [5].

najwazniejsza-rzecz_9328

Źródło: Wydawnictwo MT Biznes

Zdaniem Marksa, większość inwestorów można scharakteryzować określeniem “naśladowcy trendów”, którzy podążają za wskazaniami rynkowego wahadła. Więc jeśli stawiasz sobie za cel osiągnięcie wyższej stopy zwrotu niż przeciętna dla danego rynku, to musisz działać i reagować wbrew popularnym i typowym zachowaniom inwestorów. Jakie działania powinniśmy jednak podejmować, by wykształcić w sobie taką umiejętność? Odpowiedź kryje się w dziewiętnastu rozdziałach, z których każdy zawiera tytułową “najważniejszą rzecz”. Tytuł jest więc nieco mylący, bo książka nie traktuje o jednej strategii, tylko o kilkunastu, z których każda jest tak samo ważna, a pominięcie jednej z nich, zdaniem Marksa, może zrujnować cała naszą strategię i doprowadzić do ogromnych strat.

Autor na szczęście nie zajmuje się w “Najważniejszej rzeczy” technicznymi kwestiami inwestowania. Nie znajdziemy tu więc żadnych wykresów, wyliczeń czy przykładowych analiz wybranych spółek. Zamiast tego autor z dużą wprawą kataloguje i wyjaśnia najważniejsze błędy poznawcze i pułapki psychologiczne, jakie czyhają na nieroztropnych inwestorów. Do tego dorzuca garść trafnych spostrzeżeń związanych z szacowaniem ryzyka, inwestowaniem defensywnym, znajdowaniem okazji i inwestowaniem na podstawie wartości spółek, a nie ich bieżących, i zwodniczych zarazem, cen giełdowych. Co prawda adresatem książki są głównie pracownicy instytucji finansowych, a zwłaszcza działów inwestycyjnych, niemniej jednak indywidualny inwestor także znajdzie tu bezcenne strategie i absolutne podstawy, od których zależy nie tylko sukces inwestycyjny, ale też bezpieczeństwo pieniędzy inwestowanych w akcje i inne instrumenty finansowe. Naprawdę warto, jak mówią klasycy.

Źródła:
[1] “Najważniejsza rzecz”, Howard Marks, MT Biznes, 2012, str. 16
[2] str. 97
[3] str. 97
[4] str. 106
[5] str. 112

Spis treści:

Wstęp                        9
Najważniejsza rzecz to…
1. Myślenie drugiego poziomu            15
2. Zrozumienie efektywności rynku (i jego ograniczeń)    23
3. Wartość                    35
4. Relacja pomiędzy ceną a wartością            45
5. Zrozumienie ryzyka                53
6. Rozpoznawanie ryzyka                71
7. Kontrolowanie ryzyka                85
8. Wyczulenie na cykle                97
9. Świadomość wahadła                105
10. Zwalczanie negatywnych wpływów            113
11. Kontrarianizm                    127
12. Znajdowanie okazji                139
13. Cierpliwy oportunizm                149
14. Wiedzieć, czego się nie wie            161
15. Mieć wyczucie tego, gdzie się znajdujemy        171
16. Docenianie roli szczęścia                183
17. Inwestowanie defensywne            193
18. Unikanie pułapek                207
19. Dodawanie wartości                223
20. Zebranie tego wszystkiego razem            231

Oficjalna strona wydania polskiego:
http://www.mtbiznes.pl/b1139-najwazniejsza-rzecz.htm

Wydawnictwo:  MT Biznes
Rok wydania:  2012
Ilość stron:  238
ISBN:  978-83-7746-166-2

Dziękuję redakcji Wydawnictwa MT Biznes za udostępnienie egzemplarza recenzenckiego.

Jak zostać mistrzem. Trening doskonałości – Robert Greene – recenzja

Istnieją dwa rodzaje pisarzy. Tacy, którzy podczas pisania nie zawracają sobie głowy czytelnikami, i tacy, którzy każdy aspekt pisania podporządkują nadrzędnemu celowi, jakim jest sprzedać jak najwięcej egzemplarzy. To pierwsze podejście cechuje, wbrew pozorom, nie tylko poetów i uduchowionych artystów, ale też dziesiątki tysięcy pisarzy-amatorów, którzy albo mają słaby warsztat literacki, albo wybierają mało zajmujące tematy, albo nie potrafią wylansować się w mediach, głównie społecznościowych. Natomiast drugie podejście, aż do przesady profesjonalne, oznacza, że autor nieustannie doskonali swoje umiejętności, przed rozpoczęciem pisania wybiera najbardziej medialne lub kontrowersyjne tematy, studiując je przez wiele miesięcy, a zarazem świetnie odnajduje się w działaniach marketingowych. Robert Greene [1] należy do tej drugiej grupy.

Wystarczy wymienić tytuły książek, które do tej pory napisał. Mamy więc “Sztukę uwodzenia”, “48 zasad władzy”, “33 strategie wojny”, i omawiane tu “Jak zostać mistrzem”. Każda z nich została pomyślana jako bestseller, jeszcze na długo przed napisaniem pierwszej linijki. I nie tylko wyraziste tytuły, wyraźnie ukierunkowane na specyficznego czytelnika, sugerują taki zamiar. Nie można bowiem pominąć faktu, iż Robert Greene od dawna współpracuje z Ryanem Holidayem [2]. A to wyjaśnia wiele. Holiday jest bodajże najbardziej kontrowersyjnym marketerem w branży wydawniczej w USA. Rozgłos przyniosła mu książka  “Trust me, I’m lying. Confessions of a media manipulator”, w której opisuje sztuczki marketingowe, jakich używał podczas promowania książek, filmów, firm i osób. A dodajmy, chwyty te były co najmniej wątpliwe etycznie, bo Ryan oszukiwał w zasadzie wszystkie media, jeśli tylko dzięki temu mógł zwiększyć zasięg swojego przekazu. Jak pisze we wspomnianej książce, wysyłał blogerom sfałszowane zdjęcia i raporty czy nawet podszywał się pod inne osoby. A teraz weźmy pod uwagę fakt, iż sam Robert Greene przyznaje, że wiele zawdzięcza Ryanowi Holidayowi, a ten z kolei wymienia Greene’a jako jeden z jego największych sukcesów marketingowych. W końcu skoro pięć książek Greene’a sprzedało się w ponadmilionowym nakładzie, to dla osoby odpowiedzialnej za marketing i PR autora to tylko powód do dumy.

GENIUS

Źródło: Wydawnictwo Helion

Książka do wybitnych z pewnością nie należy. Główne zastrzeżenie to toporne zdania, i nie jest to wina tłumacza. Porównywałem z oryginałem i mogę tylko stwierdzić, że i tak polskie tłumaczenie czyta się znacznie lepiej od oryginału. Wracając do meritum, Greene wziął na warsztat temat niesłychanie popularny, czyli tak zwaną drogę do mistrzostwa. Nie on pierwszy stara się analizować, jakie czynniki odpowiadają za sukces. I mimo że łatwo przy tym temacie wpaść w pułapkę błędów poznawczych, to muszę przyznać, że autorowi udało się napisać książkę, która na swój sposób wyraźnie wyróżnia się od innych tytułów z tego kręgu autorów. Greene skupił się bowiem na relacjach między mistrzem a uczniem, lub używając innej terminologii, na terminowaniu lub praktykach u osoby będącej wzorem do naśladowania. Osią książki są więc opowieści o mentorach i ich nad wyraz pojętnych uczniach, takich jak Faraday uczący się od Humphry’a Davy’ego, Carl Jung działający pod wpływem Zygmunta Freuda, czy Aleksander Wielki pobierający nauki od Arystotelesa.

W tym kontekście książka zawiera unikalny zestaw przymiotów, które charakteryzują genialnego nauczyciela, i które to mogą się przysłużyć pojętnemu uczniowi. Pozwalam sobie przytoczyć kilka dłuższych zdań, bo z jednej strony dobrze oddają charakter całej książki, a z drugiej zasługują na podkreślenie ze względu na ich trafność i wnikliwość:

- “Czasami okazuje się, że mentor uświadomi nam pewne rzeczy, których chcemy unikać lub przeciwko którym aktywnie się buntujemy”. [3]

- “Problem ze wszystkimi uczniami polega na tym, że nieodmiennie w pewnym miejscu się zatrzymują. Stykają się z pewną koncepcją, której potem kurczowo się trzymają aż do śmierci. Wmawiają sobie, że dostąpili prawdy.”[4]

- “Należy wymagać, aby mentor rzucał nam odpowiednie wyzwania, dzięki którym moglibyśmy odkryć własne mocne i słabe strony, a także zabiegać o jak największą ilość informacji zwrotnych, choćby najtrudniejszych do przyjęcia.”[5]

- “Jeżeli [...] w zbyt dużym stopniu poddamy się wpływowi mistrza i w ten sposób pozbawimy się wewnętrznej przestrzeni, w której mógłby dojrzewać i rozwijać się nasz indywidualny głos, nasze życie będzie toczyło się pod egidą pomysłów, które powstały gdzieś poza nami”[6]

Warto też wspomnieć, że książka jest wypełniona po brzegi masą faktów i nawiązań do źródeł historycznych. Jak zresztą sam autor twierdzi, “koncepcje przedstawione w tej książce opierają się na rozległych badaniach prowadzonych w dziedzinie neurobiologii i kognitywistyki, a także na badaniach nad kreatywnością oraz biografiach największych mistrzów w historii świata” [7]. I prawdopodobnie był to ten z czynników, który nadał tej książce etykietkę kompendium w temacie zdobywania mistrzostwa u boku wielkiego mentora. Nie powinno to dziwić z dwóch powodów. W branży wydawniczej powszechnie wiadomo, że im grubsza książka (zwłaszcza non-fiction), tym lepiej powinna się sprzedawać. Po drugie, Greene pisze w poradniku dla autorów, że przed rozpoczęciem pisania kolejnej pozycji czyta zwykle około 250 książek poświęconych zagadnieniu, któremu bez reszty zamierza się poświęcić w najbliższym czasie. Zastanawia tylko, dlaczego autor tak konsekwentnie unika cytowania źródeł – w książce nie znajdziemy ani jednego przypisu, za to na ostatnich stronicach znajdziemy wykaz niemal setki pozycji bibliograficznych.

I jeszcze dwa słowa o błędach poznawczych. Otóż nawet jeśli Greene trafnie scharakteryzował relacje na linii uczeń – mistrz, to musimy pamiętać, że zasady te sprawdziły się tylko w tych konkretnych przypadkach. W pozostałych, których były tysiące, ale o których nikt nigdy nie napisze książki, bo osoby te były albo mniej znane, albo dane o nich są niedostępne, mogło być dokładnie odwrotnie. W przypadku podobnej analizy, dokonanej jednak na firmach i ich prezesach w książce “Od dobrego do wielkiego”, Jim Collins przynajmniej oparł swoje analizy na danych empirycznych i statystycznych (a i tak grubo się pomylił), Greene musiał bazować tylko na książkach innych autorów i własnej wyobraźni. Dlatego w dużej mierze “Mistrzostwo” ociera się o regularną beletrystykę, zwłaszcza gdy autor w szczegółach rozpisuje się o konkretnych wydarzeniach z życia opisywanych w książce bohaterów.  Retrospektywne analizowanie czynników prowadzących do sukcesu przywołuje na myśl jeden z najczęściej popełnianych błędów poznawczych, a jest nim efekt pewności wstecznej [8]. Książka w “mistrzowski” sposób składa hołd odkrywcom tego błędu, czego najbardziej dobitnym świadectwem jest zdanie, jakim Greene raczy nas na samym początku lektury. W rozdziale poświęconym Leondardo da Vinci, autor mówi wprost: “gdy patrzy się na to z takiej perspektywy, wszystko w jego życiu nabiera sensu. [9]“. Panie Greene, w taki sposób można uzasadnić każdą tezę! Wystarczy dobrać odpowiednie argumenty (pomijając kontrargumenty), i hulaj dusza, każdy temat nabierze sensu.

[1] http://en.wikipedia.org/wiki/Robert_Greene_(American_author)
[2] http://en.wikipedia.org/wiki/Ryan_Holiday
[3] “Jak zostać mistrzem. Trening doskonałości”, Robert Greene, OnePress, 2014, str. 125
[4] ibidem, str. 127
[5] ibidem, str. 128
[6] ibidem, str. 131
[7] ibidem, str. 30
[8] http://pl.wikipedia.org/wiki/Efekt_pewno%C5%9Bci_wstecznej
[9] “Jak zostać mistrzem. Trening doskonałości”, Robert Greene, OnePress, 2014, str. 38

 

Informacje dodatkowe

Oficjalna strona książki w Polsce:
http://onepress.pl/ksiazki/jak-zostac-mistrzem-trening-doskonalosci-robert-greene,genius.htm#szczegoly

Oficjalna strona książki w USA – blog autora:

http://powerseductionandwar.com/

Tytuł oryginału: Mastery
Tłumaczenie: Magda Witkowska
Ilość stron: 332
Rok wydania: 2014
Wydawnictwo: Helion Sensus
ISBN: 978-83-246-6976-9

Spis treści:
WPROWADZENIE (15)
Esencja siły (15)
Ewolucja biegłości (19)
Klucze do biegłości (24)

1. POWOŁANIE, CZYLI ZADANIE ŻYCIOWE (33)

UKRYTA SIŁA (35)
KLUCZE DO BIEGŁOŚCI (39)
STRATEGIE POSZUKIWANIA ZADANIA ŻYCIOWEGO (43)
1. Powrót do źródeł. Strategia pierwotnej skłonności (44)
2. Nisza idealna. Strategia darwinowska (46)
3. Z dala od niewłaściwych dróg. Strategia buntu (50)
4. Przeszłość pozostawić za sobą. Strategia adaptacyjna (52)
5. Droga z powrotem. Strategia życia lub śmierci (54)
INNA DROGA (57)

2. GODZENIE SIĘ Z RZECZYWISTOŚCIĄ. TERMINOWANIE W WERSJI IDEALNEJ (61)

PIERWSZE PRZEOBRAŻENIE (63)
KLUCZE DO BIEGŁOŚCI (68)
FAZA TERMINOWANIA: TRZY KROKI – TRZY TRYBY (70)
Krok pierwszy. Dogłębna obserwacja – tryb pasywny (70)
Krok drugi. Zdobywanie umiejętności – tryb treningu (72)
Krok trzeci. Eksperymenty – tryb aktywny (76)
STRATEGIE DLA TERMINOWANIA DOSKONAŁEGO (79)
1. Nauka ważniejsza niż pieniądze (79)
2. Poszerzanie horyzontów (82)
3. Powrót do poczucia niższości (85)
4. Zaufanie do procesu (89)
5. Naprzeciw oporowi i bólowi (92)
6. Terminowanie w zakresie porażki (95)
7. Zestawianie elementów “co” i “jak” (98)
8. Kolejne próby i błędy (101)
INNA DROGA (104)

3. PRZEJMOWANIE SIŁY OD MISTRZÓW. DYNAMIKA PRACY Z MENTOREM (105)

ALCHEMIA WIEDZY (107)
KLUCZE DO BIEGŁOŚCI (114)
STRATEGIE POPRAWY DYNAMIKI W RELACJI MENTORSKIEJ (121)
1. Wybór mentora odpowiadającego naszym potrzebom i upodobaniom (121)
2. Głębokie spojrzenie w lustereczko mentora (125)
3. Nowe postacie pomysłów (129)
4. Dynamika typu “w przód i w tył” (131)
INNA DROGA (134)

4. POZNAWANIE PRAWDZIWEGO OBLICZA LUDZI. INTELIGENCJA SPOŁECZNA (137)

SPOJRZENIE DO WEWNĄTRZ (139)
KLUCZE DO BIEGŁOŚCI (145)
Wiedza szczegółowa – czytanie ludzi (149)
Wiedza ogólna – siedem faktów śmiertelnych (152)
STRATEGIE ROZWOJU INTELIGENCJI SPOŁECZNEJ (158)
1. Wyrażanie się poprzez pracę (159)
2. Kształtowanie odpowiedniego wizerunku (164)
3. Spojrzenie na siebie cudzymi oczami (168)
4. Cierpliwość wobec głupców (171)
INNA DROGA (175)

5. ROZBUDZANIE UMYSŁU WIELOWYMIAROWEGO. FAZA AKTYWNOŚCI I KREATYWNOŚCI (177)

DRUGIE PRZEOBRAŻENIE (179)
KLUCZE DO BIEGŁOŚCI (185)
Krok pierwszy. Zadanie kreatywne (189)
Krok drugi. Strategie kreatywne (191)
A. Podtrzymywanie zdolności negatywnej (191)
B. Pozytywny stosunek do przypadkowości (193)
C. “Prąd” jako siła zdolna odmienić umysł (197)
D. Zmiana perspektywy (200)
E. Powrót do pierwotnych form inteligencji (206)
Krok trzeci. Przełom kreatywny. Napięcie i olśnienie (209)
Pułapki emocjonalne (212)
STRATEGIE DLA FAZY KREATYWNOŚCI I AKTYWNOŚCI (215)
1. Autentyczny głos (216)
2. Znaczący fakt (220)
3. Inteligencja mechaniczna (225)
4. Potęga natury (229)
5. Wolna przestrzeń (234)
6. Wysoki poziom rozważań (238)
7. Ewolucyjne porwanie (241)
8. Myślenie wielowymiarowe (246)
9. Alchemiczna kreatywność a podświadomość (252)
INNA DROGA (255)

6. ZJEDNOCZENIE PIERWIASTKÓW INTUICYJNEGO I RACJONALNEGO. BIEGŁOŚĆ (257)

TRZECIE PRZEOBRAŻENIE (259)
KLUCZE DO BIEGŁOŚCI (265)
Źródła mistrzowskiej intuicji (271)
Powrót do rzeczywistości (276)
STRATEGIE DĄŻENIA DO BIEGŁOŚCI (279)
1. Kontakt ze środowiskiem. Kompetencje pierwotne (280)
2. Wykorzystywanie własnych atutów. Maksymalne skupienie (283)
3. Przeobrażenie poprzez praktykę. Pełne wyczucie (294)
4. Internalizacja szczegółów. Siła życiowa (298)
5. Poszerzanie wizji. Perspektywa globalna (303)
6. Podporządkowanie się. Perspektywa od wewnątrz (306)
7. Synteza wszelkich form wiedzy. Człowiek uniwersalny (312)
INNA DROGA (318)

BIOGRAFIE WSPÓŁCZESNYCH MISTRZÓW (321)

PODZIĘKOWANIA (327)

WYBRANA BIBLIOGRAFIA (329)

Dziękuję redakcji wydawnictwa Helion za udostępnienie egzemplarza recenzenckiego.

Iluzja korelacji na przykładzie nawyków bogatych i biednych

Co jakiś czas w mediach pojawiają się zestawienia z opisem, co robią, a czego nie robią, bogaci i biedni. W podtekście jesteśmy karmieni iluzją, że wystarczy tylko powielać dobre, właściwe zachowania bogatych, aby zostać jednym z nich. Tylko że takie zestawienia mają niewiele wspólnego z twardą rzeczywistością. Parę dni temu o nawykach bogatych i biednych znowu zrobiło się głośno, więc tym razem postanowiłem zabrać w tej kwestii głos. Wychodzę z założenia, że warto przyjrzeć się tej sprawie od drugiej strony, czyli z perspektywy błędów poznawczych.

Zacznijmy od małego dziennikarskiego śledztwa, próbując znaleźć źródło informacji emitowanych na antenie biznesowego kanału telewizyjnego. Materiały wyemitowane w programie “Co różni bogatych od biednych? Oprócz stanu konta także codzienne nawyki.” w stacji TVN24bis [1] wskazują na dwa bezpośrednie źródła: Forbes [2] i oraz tajemniczo brzmiącą frazę “business-management-degree”. Po sprawdzeniu tej frazy w Google, znajdujemy właściwy adres internetowy [3] i naszym oczom ukazuje się infografika prezentująca nawyki najbogatszych ludzi na świecie. I wreszcie, pod infografiką, odnajdujemy rzeczywiste źródło wiadomości telewizyjnych, jakim jest serwis RichHabits.net, prowadzony przez biznesmena i konsultanta, Toma Corleya. To właśnie ten autor, na bazie pięcioletnich analiz (trudno to nazwać badaniami, o czym za chwilę), sporządził wykaz czynności, które codziennie wykonują, lub nie wykonują, bogaci i biedni, a swoje wnioski zawarł w książce “Rich Habits” [4]. Książka z miejsca zyskała status bestsellera, a sam autor zaczął spieniężać swój sukces także poprzez organizację licznych wykładów i szkoleń.

Co równie ważne, drugi podtytuł jego książki brzmi: “Dowiedz się, jak bogaci stają się tak bogaci (sekrety osiągania sukcesu finansowego – ujawnione)” [5]. W ten sposób autor jawnie deklaruje, że istnieje ścisła zależność pomiędzy nawykami bogatych i biednych a stanem ich zamożności. Idąc dalej tym trybem rozumowania, jeśli tylko zaczniesz postępować tak jak milionerzy, zwiększysz szanse na zostanie jednym z milionerów. Typowa zależność przyczynowo-skutkowa: czynnik A wywołuje czynnik B. Problem jednak w tym, że doszukiwanie się w zestawieniu nawyków zaproponowanym przez Corleya korelacji jest błędne. Mamy tu do czynienia z typowym błędem poznawczym, jakim jest iluzja korelacji, który polega na doszukiwaniu się związków przyczynowo-skutkowych tam, gdzie ich nie ma.

A odnośnie metodologii, Corley w ciągu paru lat przepytał, na bazie swojej ankiety zawierającej listę nawyków, 233 osoby bardzo bogate, oraz 128 osoby stosunkowo biedne. Jak widać, próbka bardzo mała, a badanie miało charakter zwykłej ankiety. Ale nawet zostawiając w tle kwestię kiepskiej metodologii, już samo zestawienie nawyków sugeruje istnienie irracjonalnych związków przyczynowo-skutkowych.

Oto, co Corley ma nam do powiedzenia, i o czym mogliśmy się dowiedzieć z programu TVN24bis:

“91 % bogatych wykonuje codziennie listę zadań, wśród biednych tylko 9 %”

Wniosek: aby zostać bogatym, musisz wykonywać listę zadań. Jeśli tego nie będziesz robił, nie wzbogacisz się. Po pierwsze, taka korelacja jest maksymalnie uproszczona, bo nie uwzględnia innych czynników (wykształcenie, szczęście i przypadek, zdrowie, środowisko, rodzina, znajomi, motywacje, ambicje, sytuacja gospodarcza globalnie i lokalnie). Po drugie, trzeba sobie zadać pytanie, czy zapisywanie i realizacja listy zadań jest skutkiem czy przyczyną bogactwa? Czy bogaci, zanim zostali bogaci, robili listy zadań, czy robią je dopiero od pewnego czasu, bo poznali tę technikę od znajomych czy z którejś książki? Można więc dojść do wniosku, że tego typu zestawienia pokazują tylko, jak zachowują się pewni ludzie teraz, a nie kiedyś. I jeszcze pytanie: czy gdyby biedni zaczęli robić listy zadań, w jakim stopniu zmieniłoby to ich życie, skoro robiliby te same czynności co obecnie, tylko mieliby je zapisane i odhaczone?

“Wstawanie 3 godziny przed pracą: bogaci 44 %, biedni 3 %.”

Wniosek: wstawaj wcześniej, a zaczniesz zarabiać więcej. Uff, aż zgrzyta. Moje pytanie brzmi: czy bogaci przypadkiem nie wstają wcześniej, bo większość z nich to przedsiębiorcy i ludzie wykonujący wolne zawody (co potwierdzają zresztą badania nad milionerami autorstwa Thomasa Stanleya i Williama Danko [6], a biedni pracują na etacie (lub dwóch słabo płatnych etatach), a ich cały dzień wypełniony jest gonitwą w celu zapewnienia bytu swojej rodzinie (zgodnie z zasadą “od pierwszego do pierwszego”). W związku z tym czy przypadkiem bogaci, jako prezesi, przedsiębiorcy i freelancerzy, nie zaczynają pracy później, gdyż nie muszą zaczynać pracy w kasie o 6 rano? Oczywiście, i to jest pewnym uogólnieniem, ale i tak mocno kontrastuje z tezą zawartą przez Corleya w opisie tego nawyku.

“Słuchanie audioboków w drodze do pracy: bogaci 63 %, biedni 5 %.”

Wniosek: słuchaj więcej i częściej audioboków w drodze do pracy, a twoje finanse się poprawią. Znowu bełkot. A prawdziwa przyczyna takiego stanu rzeczy? Po pierwsze, bogatych stać na audiobooki (teraz, bo kiedy dopiero stawali się milionerami, audioboków jeszcze nie było!), po drugie najczęściej dojeżdżają do pracy własnym samochodem (gdzie słucha się audioboków najlepiej), i po trzecie, słuchają audioboków tematycznie związanych z wykonywaną przez nich pracą (biznesowych, specjalistycznych i motywacyjnych), bo właśnie to zajęcie, które obecnie wykonują, niejako wymusza na nich zapoznawanie się z nowymi strategiami czy pomysłami.

Pełna lista nawyków jest dostępna tutaj [7]  – absurdów jest tu znacznie więcej, np. na drodze do zostania milionerem stoją takie przeszkody jak: 80 % bogatych dzwoni z życzeniami urodzinowymi (do znajomych/rodziny), a wśród biednych tylko 11 %. Przyczyn jest wiele, bardzo prozaicznych, jednak próba doszukiwania się tu korelacji i zależności przyczynowo-skutkowej jest sporym nadużyciem.

Oddajmy jednak głos autorowi i posłuchajmy jego argumentów [8]:

- Autor twierdzi, że jego rodzina odzyskała fortunę, którą utraciła jednego dnia, bo jego ojciec miał więcej nawyków bogatych ludzi niż biednych. Twierdzi też, że jego badania to dopiero początek czegoś wielkiego, dzięki czemu miliony ludzi może wydostać się z biedy (tak jakby częstsze czytanie książek czy wcześniejsze wstawanie miało znaczący wpływ na inne czynniki społeczne, odpowiedzialne w głównej mierze za biedę i trudne warunki życia obywateli o niskich dochodach).

Dosłowny cytat z wypowiedzi autora: “I know poverty is complicated. I know from personal experience. My family was wealthy and overnight we lost everything. But… my father recovered. He recovered because he had more Rich Habits than Poverty Habits. My research is still a work in progress as far as I am concerned but I do know I have stumbled upon something that could help millions end their personal poverty. I now know there are things we can do to lift ourselves out of poverty.”[9]

- Autor twierdzi, że jest niedocenianym geniuszem na miarę Einsteina czy Adama Smitha, a swoje “badania” na mocno niereprezentatywnej grupie respondentów uznaje za przełomowe w dziejach ludzkości. I właśnie dlatego nie musi korzystać z żadnych uznanych narzędzi matematycznych czy statystycznych (economic protocols), bo wielcy też z nich nie korzystali. Co akurat jest nieprawdą i ponownym nadużyciem ze strony autora, bo Einstein nie był żadnym outsiderem, gdyż publikował swoje artykuły w najlepszym czasopiśmie naukowym w dziedzinie fizyki tamtych czasów, Annalen der Physik[9], a zanim otrzymał Nobla, był do tej nagrody nominowany wielokrotnie w latach 1910-1922 ![11]

I did not use any of the economic protocols that you believe are necessary in order to validate my research. Many of the most significant breakthroughs in science and economics were by outsiders. Einstein (Patent clerk), and Adam Smith (Scottish Philosopher) are examples. Very often the greatest discoveries made in specific fields are by outsiders who do not follow standard protocols. Because they are not aware of such protocols, they are not confined by them.” [12]

- Autor twierdzi, że nie widzi korelacji między nawykami a poziomem zamożności, tylko że osią jego książki jest własnie wykazywanie tej korelacji.

I think the common thread I am seeing is the idea that I am trying to prove causation. I am not. I sought to identify those things that wealthy people do on an almost daily basis (their daily activities or habits) and compare them to the things poor people do.”[13]

- Autor twierdzi, że dzięki nawykom bogatych zwiększył swoje przychody, ale korelacji w tym nie widzi żadnej …
“I followed the Rich Habits and made that increased my income. Two seminar participants also had great success and begged me to write a book about the Rich Habits. So I did. There is not question in my mind that if you follow the Rich Habits you will become financially successful. No question about causation there.” [14]

- I na koniec przebój sezonu: autor wcześniej wypowiadał się na temat korelacji i przyczynowości, a tu twierdzi, że w ogóle o niej nie słyszał:

I have to confess I never heard about correlation and causality.” [15]

Dawno nie spotkałem się z tak niekonsekwentnym i oderwanym od rzeczywistości autorem. Twierdzi, że korelacji nie dostrzega, zaraz potem pisze, że nawet nie wie, co to korelacja. Twierdzi, że w jego przypadku stosowanie nawyków bogatych przyniosło mu wzrost dochodów (notabene, za sprawą organizowania szkoleń na temat … nawyków bogatych), ale znamion korelacji znowu nie dostrzega. U Corleya głosy krytyków, nawet najbardziej racjonalne, trafne i rzeczowe, nie znajdują żadnego posłuchu. Odnoszę wrażenie, że postawa autora jest klasycznym przykładem efektu potwierdzenia (ang. confirmation bias), który polega na tym, że szukamy często dowodów na potwierdzenie swoich sądów, i to za wszelką cenę, ale gdy pojawią się dowody przeciwne, obalające nasze wcześniejsze założenia, z premedytacja je ignorujemy lub znajdujemy dla nich wygodną interpretację, pasującą do naszego światopoglądu.

Po drugie, autor ślizga się tylko po powierzchni problemu, snując daleko idące wnioski na bazie małej grupki respondentów, nie stosując żadnej uznanej metodologii naukowej, a na dodatek się do tego otwarcie przyznaje. Czyli chce brzmieć naukowo, nawet chciałby być traktowany jako geniusz na miarę Einsteina (?!), a robi wszystko, aby jego “badania” nie miały nic wspólnego z uznaną metodologią naukową. Mimo to jego książka i wnioski obiegły cały świat, dając wielu biednym złudną nadzieję, że zmiana codziennych nawyków może całkowicie odmienić ich los. Nie twierdzę, że stosowanie pewnych nawyków przez uboższe warstwy społeczeństwa nie może w pewnym zakresie zmienić ich życia na lepsze, tylko biorąc pod uwagę skalę problemu (warunki społeczne, geograficzne, demograficzne czy geopolityczne), zmiana nawyków to zdecydowanie zbyt mało.

I wreszcie, jak Corley może twierdzić, że nie widzi żadnej korelacji między nawykami bogatych a ich zamożnością, skoro od lat prowadzi w swoim Rich Habits Institute szkolenia, których celem jest … nabycie nawyków bogatych ludzi [16].

Nigdzie nie znajdziemy dobrej i pewnej rady, jak zostać milionerem, a podążanie za nawykami bogatych trudno traktować nawet jako wskazówkę, bo temat dochodzenia do bogactwa jest dużo bardziej skomplikowany. Mamy jednak radę, którą na bazie innych, znacznie lepiej przeprowadzonych badań, proponują rodzicom wspomniani już Thomas Stanley i William Danko [17]. Z ich analiz wynika bowiem, że milionerami zostawali ci, którzy z reguły nie dostawali żadnego wsparcia finansowego od rodziców (!), przez co byli zmuszeni być bardziej samodzielnymi i kreatywnymi. A nadopiekuńczy rodzice sprawiali z kolei, że ich dzieci nie wykazywały przedsiębiorczej żyłki, bo i po co, skoro i tak mogli zawsze liczyć na wsparcie finansowe ze strony rodziców. To kluczowa różnica i cenna wskazówka dla obecnych i przyszłych rodziców.

Cytowane źródła:

[1] Program wyemitowany dnia 17.07.2014 r w stacji TVN24bis: http://tvn24bis.pl/informacje,187/co-rozni-bogatych-od-biednych-oprocz-stanu-konta-takze-codzienne-nawyki,450756.html
[2] Link do strony Forbesa dotyczy jedynie listy najbogatszych ludzi świata: http://www.forbes.com/billionaires/
[3] http://www.business-management-degree.net/features/wealthiest-people/
[4] http://richhabits.net/
[5] W oryginale: “Find out how the rich get so rich (the secrets to financial success revealed)”
[6] Sekrety amerykańskich milionerów, czyli krezusi z sąsiedztwa, Thomas J. Stanley, William D. Danko, Fijor Publishing, 2011,
http://www.fijor.com/sekrety-amerykanskich-milionerow-czyli-krezusi-z-sasiedztwa/
[7] http://www.daveramsey.com/blog/20-things-the-rich-do-every-day
[8-9] Cytowane wypowiedzi Corleya pochodzą z dyskusji, w jakiej brał udział na stronie: http://shaungroves.com/2013/11/why-are-some-people-rich-others-poor-tom-corleys-rich-habits/
[10] http://en.wikipedia.org/wiki/Annalen_der_Physik
[11] http://www.ota-berlin.de/blog/12/06/einstein-in-berlin-%E2%80%93-part-xii-the-story-of-his-nobel-prize-by-%E2%80%98ota-berlin-constituency-blog%E2%80%99-science-contributor-aant-elzinga/
[12-15] Cytowane wypowiedzi Corleya pochodzą z dyskusji, w jakiej brał udział na stronie: http://shaungroves.com/2013/11/why-are-some-people-rich-others-poor-tom-corleys-rich-habits/
[16] http://richhabits.info/wp-content/uploads/Tom-Corley-Rich-Habits-REPORT-Goal-Setting.pdf
[17] Sekrety amerykańskich milionerów, czyli krezusi z sąsiedztwa, Thomas J. Stanley, William D. Danko, Fijor Publishing, 2011,
http://www.fijor.com/sekrety-amerykanskich-milionerow-czyli-krezusi-z-sasiedztwa/

Zaczynaj od dlaczego – Simon Sinek – recenzja

Sineka polubiłem od razu. Kilka lat temu, obejrzawszy jego wykład na konferencji TED, pomyślałem sobie: “wreszcie sensowna teoria, wreszcie ktoś dotarł do sedna problemu”. Bo, jak mi się wtedy wydawało, stawianie słynnego “dlaczego” na piedestale naszych motywów może w prosty sposób pomóc nam w rozwijaniu nowatorskich konceptów biznesowych. Potem się okazało, że jego wykład jest trzecim najpopularniejszym wykładem TED-owskim [1] (ponad 17 milionów wyświetleń), a Sinek stał się jednym z najbardziej rozpoznawalnych i najlepiej opłacanych mówców motywacyjnych w USA. Dziś, po wielu innych lekturach, po zapoznaniu się z błędami poznawczymi, po zaanektowaniu metody naukowej do myślenia biznesowego (choćby docenienie metody lean startup), zmieniłem zdanie o Sineku. Nawet przez moment pomyślałem, czy to coś ze mną jest nie tak, że widzę ewidentne luki w jego rozumowaniu, czy coś nie tak jest z jego zwolennikami, którzy magiczne “dlaczego” zdążyli już zracjonalizować na swoją modłę, a z autora uczynić guru zarządzania i biznesu. Osądźcie sami.

Sinek wprowadził do przestrzeni publicznej własną teorię, którą nazwał “złotym kręgiem“. Jego propozycja składa się z trzech elementów, warstw, a w zasadzie prostych pytań: dlaczego, jak i co. Zanim przejdę do jej omówienia, dwa słowa tytułem wstępu. Otóż Sinek sam przyznaje, że miał w życiu trudny okres, i gdy przeżywał depresję, starając się zrozumieć otaczający go świat, nagle doznał “objawienia” (vide: teoria złotego kręgu) i nagle wszystko stało się jasne: za sukcesami wielkich firm stało każdorazowo pytanie “dlaczego”. Tylko że taka argumentacja jest co najmniej wątpliwej jakości. Niby czemu mam wierzyć przełomowemu odkryciu pracownika amerykańskich korporacji, niby czemu mam brać na poważnie teorię, która nie została poparta absolutnie żadnymi dowodami empirycznymi? A może mamy do czynienia z teorią, która jest zbyt piękna, aby mogła być fałszywa? Bo, jak sugeruje Sinek, “ludzie nie kupują tego, co robisz, tylko Continue reading

Niewidzialny goryl. Dlaczego intuicja nas zwodzi? – Ch. Chabris, D. Simons – recenzja

Zacznijmy od małego testu. Oglądnijcie na spokojnie ten krótki filmik autorstwa znanego autora i psychologa, Richarda Wisemana (w filmie wykorzystano identyczną zasadę jak w eksperymencie z gorylem, o którym traktuje książka Chabrisa i Simonsa). Jeśli ulegniecie iluzji uwagi, co jest wielce prawdopodobne, być może zapragniecie dowiedzieć czegoś więcej na ten temat. Wtedy zapraszam do lektury niniejszej recenzji i polecanej książki.

W zamierzeniu autorów “Niewidzialnego goryla”, zapoznanie się z iluzjami dnia codziennego powinno nam pozwolić zmodyfikować nasze zachowanie. Teza śmiała, choć z małymi szansami na realizację. Zresztą sami autorzy raz po raz przypominają, że błędy poznawcze wynikają z ograniczeń naszego umysłu, a samo uświadamianie sobie tychże ograniczeń zazwyczaj nie pomaga w podejmowaniu lepszych decyzji.

Książka zaczyna się, jak można było się spodziewać, od opisu i analizy eksperymentu z gorylem, z którego zasłynęli obaj autorzy, Christopher Chabris i Daniel Simons. Ku zaskoczeniu naukowców, ponad połowa wolontariuszy uczestniczących w badaniu nie zauważyła goryla, który przechadzał się pomiędzy zawodnikami grającymi w koszykówkę. Dodajmy, że zadaniem uczestników badania było policzenie wszystkich podań pomiędzy zawodnikami w białych koszulkach, z jednoczesnymi zignorowań podań graczy w czerwonych koszulkach. Goryl pojawiał się tylko na 9 sekund, jednak mimo to powinien być łatwo zauważalny. Właśnie, łatwo zauważalny za wyjątkiem osób, które zbyt mocno skupiły się na czynności liczenia podań. Winę za taki zaskakujący rezultat eksperymentu, później wielokrotnie powtarzanego z podobnymi efektami, ponosi błąd percepcji zwany ślepotą pozauwagową (ang. inattentional blindness), który polega na tym, że “kiedy człowiek kieruje swoją uwagę na jeden, szczególny obszar lub aspekt widzialnego świata, ma tendencję do niezauważania pojawiających się niespodziewanie obiektów, nawet kiedy są one wyraźnie widoczne, potencjalnie istotne oraz pojawiają się dokładnie w miejscu, na które się właśnie patrzy” [1]. Eksperyment ten jest też przykładem tzw. iluzji uwagi, której poświęcony jest cały pierwszy rozdział książki.

Znajdziemy w nim sporo innych przykładów ślepoty pozauwagowej. Najciekawszym z nich, i zarazem najbardziej zrozumiałym, wydaje się wyjaśnienie, dlaczego Continue reading

“To boli” – Paul Knott – recenzja

Gdyby istniał szkolny program edukacji finansowej, książka Paula Knotta mogłaby wejść do kanonu lektur obowiązkowych. Niestety, mimo atrakcyjności takiej tezy, obydwa cząstkowe twierdzenia nie są prawdziwe. Przedmiotu w rodzaju edukacji finansowej raczej nigdy się nie doczekamy, z wielu powodów [1]. Co do drugiej części otwierającego tę recenzję zdania, “To boli” rozprawia się z tak zwanym “systemem”, w jakim przyszło nam żyć, a oświata jest przecież częścią składową systemu. Tym samym istnieje bardzo mała szansa, że książka ta zostałaby zaakceptowana przez Ministerstwo Edukacji jako literatura pomocnicza do przedmiotu “Edukacja finansowa”. Tu właśnie leży sedno.

Jakakolwiek książka na temat finansów osobistych, inwestowania czy oszczędzania może być uznana za wiarygodną, gdy pisana jest przez autora niezależnego, czyli nie związanego zawodowo z żadną instytucją finansową. W przeciwnym razie dostajemy porady dalekie od obiektywności i dziennikarskiej rzetelności. Paul Knott, właśnie jako biznesmen, a nie finansista, w błyskotliwy sposób zmierzył się z ogromem finansowych niuansów, wykazując się fachową wiedzą i tłumacząc w zrozumiały sposób zawiłości świata finansów.

Na marginesie, muszę pochwalić polskiego wydawcę za świetną pracę redakcyjną. Za każdym razem, gdy Paul Knott nieco przesadza, dając się ponieść urokowi swoich wywodów, polski redaktor natychmiast daje kontrę i tłumaczy w przypisach, na czym polega błąd autora. Dzięki temu dostajemy do rąk świetną książkę, do tego umiejętnie skorygowaną przez polskich fachowców.

1. Główna idea zawarta w tej publikacji:

Fundamentem książki jest teza, że “niewiedza jest błogosławieństwem, dopóki nie sprawia bólu”. Trudno o lepszy punkt wyjścia do rozważań o finansach osobistych, ze szczególnym uwzględnieniem technik inwestycyjnych. Autor proponuje nam intelektualną wycieczkę po takich, niekiedy dosyć odległych od siebie, dziedzinach wiedzy jak neuroekonomia, strategie inwestycji giełdowych, błędy poznawcze czy nawet wiarygodność ekspertów. Mówi o rzeczach mało znanych, i z tego względu jest to książka wielce wartościowa.

Rzadko zdarza się, by w jednym miejscu można było znaleźć wyczerpujące opisy i wytłumaczenie błędów poznawczych w odniesieniu do finansów i strategii inwestycyjnych. A w dziedzinie inwestowania mamy ich całą masę, i jeśli ktoś nie zdążył zapoznać z podstawowym katalogiem błędów poznawczych, a nie ma czasu na studiowanie opasłego tomu “Pułapek myślenia” Kahnemana, powinien zacząć od “To boli” Paula Knotta. Albo inaczej. Jeśli nie słyszałeś o awersji do straty, luce empatii, efekcie świeżości, pułapce dostępności, efekcie potwierdzenia czy złudzeniu kompetencji, a chcesz zajmować się, albo już się zajmujesz, inwestowaniem w jakiejkolwiek postaci, najwyższy czas sięgnąć po tę książkę.

2. Co warto wiedzieć o autorze książki?

W zasadzie o autorze wiadomo niewiele, nawet nie znajdziemy o nim notki na Wikipedii, można się tylko domyślić, że skrzętnie skrywa swoją prywatność. Studiował matematykę na University of London  i marketing w TIAS Business School w Holandii, a zawodowo zajmuje się biznesem i doradztwem. “To boli” jest jego jedyną książką, ale wydaną przez renomowane wydawnictwo Pearson Business.

3. Cytaty warte przytoczenia:

“Żeby zachować, a nawet pomnożyć własny majątek, trzeba poznać zasady gry, w którą zostaliście wciągnięci wbrew waszej woli” [2]
Continue reading

Sztuka jasnego myślenia – Rolf Dobelli – recenzja

Książek poświęconych kwestiom błędów poznawczych jest na polskim rynku wydawniczym mało, dlatego każda nowa pozycja powinna cieszyć. Podobnie jest ze “Sztuką jasnego myślenia”. Autor wprowadza czytelnika w świat irracjonalnych zachowań, prezentując katalog “systematycznych odstępstw od racjonalności, od optymalnego, logicznego, rozsądnego myślenia i zachowania”[1]. Co prawda czytelnik obyty z tematem nie znajdzie tu żadnych nowości, a jedynie streszczenie dokonań takich naukowców jak Daniel Kahneman, Dan Ariely czy Gerd Gigerenzer, ale mimo to lekturę zaliczyłbym do obowiązkowych.

Książka ma jednak drugie dno, które jest w zasadzie ciekawsze od samej treści. Mianowicie Rolf Dobelli dopuścił się dosyć bezczelnego plagiatu prac takich autorów jak Nassim Taleb [2, lista zarzutów], Christopher Chabris [3, lista zarzutów] czy Kathryn Schulz, cytując ich bez adnotacji, a także korzystając z identycznych przykładów jak w oryginalnych pracach. To dwa bardzo poważne zarzuty, i co najciekawsze, autor się do nich przyznał, a na swojej stronie zamieścił osobny dział z dokonanymi korektami [4]. Sprawa jest jednak jeszcze bardziej skomplikowana, bo Dobelli z Talebem przez długi czas się przyjaźnili, a wstępna wersja “Czarnego łabędzia” Taleba trafiła do konsultacji w pierwszej kolejności właśnie do Dobelli’ego. Teraz Taleb publicznie traktuje Dobelli’ego jako zdrajcę i plagiatora. Paradoksalnie, potyczka obu panów nakręca sprzedaż ich książek, które od dłuższego czasu notowane są na listach bestellerów.

1. Główna idea zawarta w tej publikacji:

Błędy poznawcze i logiczne odpowiadają za wiele niewłaściwych decyzji, jakie zdarzyło nam się popełnić. Dlatego wiedza o tego typu błędach jest bezcenna, i jako narzędzie do podejmowania choćby ciut lepszych decyzji powinna być szeroko propagowana. Z tego punktu widzenia książka spełnia swoją rolę, przybliżając przeciętnemu czytelnikowi mało znane pułapki w codziennym myśleniu. Continue reading

Mit 10 000 godzin Malcolma Gladwella

Zadziwiające, ale w polskojęzycznym internecie nie spotkałem się z żadnym krytycznym tekstem na temat zasady 10 tysięcy godzin, spopularyzowanej przez Malcolma Gladwella w książce “Poza schematem” [1] (dla przypomnienia, rzekomo tyle właśnie godzin trzeba poświęcić, aby zostać mistrzem lub ekspertem w danej dziedzinie). Jedynie same zachwyty, jaka to mądra metoda, o czym można przeczytać nie tylko na blogach [2] – [3], ale też w tradycyjnych mediach [4]. Tymczasem na Zachodzie metoda ta została gruntownie skrytykowana i uznana za spore nadużycie intelektualne. Zacznijmy więc od początku.

W 1993 roku ukazała się publikacja autorstwa trzech naukowców, Andersa Ericssona, Ralfa Krampego i Clemensa Tesch-Romero, pod znamiennym tytułem “Rola świadomie podejmowanych ćwiczeń w procesie nabywania umiejętności eksperckich” [5]. Praca, jak przyznają autorzy na samym wstępie, powstała w celu znalezienia odpowiedzi na odwieczne pytanie: Continue reading

Rework – Jason Fried, David H. Hansson – Recenzja i materiały dodatkowe

Książka “REWORK”, jak na amerykański poradnik, jest niezwykła i wyjątkowa. Czym więc wyróżnia się ta pozycja od innych, pozornie podobnych poradników, których setki zalegają na półkach większości polskich księgarni? Krótko mówiąc, różnica leży w racjonalnym podejściu do biznesu. Nie znajdziemy tu ckliwych, tanich porad motywacyjnych, nie znajdziemy pochwały pozytywnego myślenia, nie znajdziemy powielania stereotypów, nie znajdziemy też peanów na temat Doliny Krzemowej i środowiska startupowego. W zasadzie książka  jest do cna antyamerykańska, a jej autorzy piszą o rzeczach niepopularnych, niezgodnych z typową (pseudo)logiką biznesową. Po przeczytaniu tej książki czytelnik będzie też wiedział, dlaczego Facebook czy Google to wyjątek, a nie reguła.

Poniżej zamieszczam recenzję książki i materiały dodatkowe, z zastosowaniem moich stałych 10 punktów recenzenckich:

1. Główna idea zawarta w tej publikacji:

Poradniki biznesowe, zwłaszcza te amerykańskie, są albo wątpliwe merytorycznie, albo pełne schematów i uproszczeń, albo nijak się mają do polskiej rzeczywistości. Szansa, że znajdziemy w takiej literaturze naprawdę wartościowe porady, jest mikroskopijnie mała. Na szczęście co jakiś czas zdarza się wyjątek od tej reguły. REWORK Jasona Frieda i Davida Heinemeiera Hanssona jest właśnie taką osobliwą książką. Mamy tu co prawda setki porad, mniej lub bardziej praktycznych, jednak to, co najważniejsze, to filozofia, jaka przyświecała autorom. A tę można streścić krótko i dosadnie: sensowych porad biznesowych może tylko udzielać zaprawiony w bojach przedsiębiorca, a nie teoretyk, nauczyciel akademicki czy publicysta bez biznesowego przetarcia. Jako przedsiębiorca z ponad 15-letnim stażem podpisuję się pod takim stwierdzeniem obiema rękoma.

2. Co warto wiedzieć o autorach książki? Continue reading

Kłamstwa, przeklęte kłamstwa i nauka, Sherry Seethaler – Recenzja i materiały dodatkowe

Ostatnimi czasy najczęściej sięgam właśnie do tej książki. W żadnej innej publikacji nie znalazłem tak wielu argumentów, dzięki którym można wznieść na wyżyny umiejętność krytycznego myślenia i przyswajania nowych informacji, zwłaszcza tych związanych z najnowszymi odkryciami naukowymi.

Poniżej zamieszczam recenzję książki i materiały dodatkowe, z zastosowaniem moich stałych 10 punktów recenzenckich:

1. Główna idea zawarta w tej publikacji:

Książka mówi o tym, “jak radzić sobie z chaosem informacyjnym XXI wieku” (tak zresztą brzmi podtytuł). Ponadto, autorka uczula nas na fakt, iż pozwalamy nielicznej grupie interesariuszy decydować o tym, jak należy wykorzystywać nowe technologie czy jak interpretować najnowsze odkrycia naukowe. Seethaler, nie bez powodu, informuje czytelnika, że po przeczytaniu książki “zrozumie, na ile sposobów może zostać oszukany” w tematach związanych z nauką, a także “z każdym rozdziałem będzie rosła jego odporność na wysiłki manipulatorów, usiłących przekazywać opinii publicznej błędne informacje” [str.10]

Największą zaletą tej książki jest popularyzacja krytycznego myślenia i metody naukowej. Co prawda zapewne nie jest to pozycja idealna, prawdopodobnie jest wiele książek lepszych niż ta, i nie mnie to oceniać, bo nie jestem ani naukowcem, ani nie przeczytałem wszystkich interesujących książek w tym zakresie. Kolejna sprawa: autorka zajmuje się zawodowo popularyzacją nauki, a to oznacza, że nie jest naukowcem, tylko publicystką, co rzecz jasna sprawia, że niektóre jej twierdzenia mogą dla znawców tematów brzmieć lakonicznie lub półprofesjonalnie. Jednak dla mnie, i dla przeciętnego czytelnika, “Kłamstwa, przeklęte kłamstwa i nauka” to wyczerpujące i bardzo przystępnie napisane kompendium błędów i mitów, jakie związane są z potocznym rozumieniem nauki i interpretowaniem doniesień naukowych.  Na szczególną uwagę zasługują wnioski zamieszczone na końcu książki. Spośród dwudziestu, pozwalam sobie zacytować trzy najciekawsze:

1. “Należy odróżnić uzasadniony krytycyzm od potępiania nauki.”
Bo ci, którzy nie rozumieją metody naukowej, albo twierdzą, że nauka mnoży wątpliwości, zamiast je redukować, zdają sie nie rozumieć, jak działa nauka i dlaczego postęp naukowy to mnożenie i uzupełnianie starych idei nowymi odkryciami , a nie wyłącznie zastępowanie starych nowymi.

2. “Uwaga na samozwańczych rewolucjonistów, którzy twierdzą, że ich dzieło jest niedocenione przez środowisko naukowców”.
Ileż takich historii przewinęło się przez media, i jakoś żaden z owych “niezależnych naukowców” nie okazał się geniuszem na miarę Einsteina. Polecam odcinek SciFuna, który rewelacyjnie odniósł się do tej kwestii.

3. “Stronniczość jest powszechna“.
Warto mieć ten fakt na uwadze, gdy zapoznajemy się z jakimkolwiek doniesieniem naukowym, czy to w prasie tradycyjnej, czy to w nowych mediach. Autorka uczula nas na fakt, że “motywacje poszczególnych interesariuszy różnią się  – poza pieniędzmi motywem działania może być konieczność ratowania twarzy, naciski polityczne, presja ze strony pracodawcy czy innej osoby posiadającej wiedzę”.  Skutkiem tego najczęściej bezrefleksyjnie wchłaniamy każdą nową porcję informacji, a co gorsza, niektóre badania wskazują (PDF) na przykład, że aż 65 % młodzieży wierzy we wszystko, co przeczyta w Internecie. Zgroza! A my chcemy, by młode pokolenie było mądrzejsze od nas, i podejmowało lepsze decyzje.

Continue reading

Złudzenie planowania. Najczęstsze błędy poznawcze w biznesie (część 2).

Widząc w tytule hasło “złudzenie planowania”, pewnie pomyślałeś, że chodzi mi o brak planowania. Byłeś blisko. Brak planowania to w końcu największa zmora przedsiębiorców. Nie umiemy i nie lubimy planować, wolimy zaufać intuicji, podążać za modą albo kopiować cudze sukcesy. Taka nasza natura. Prawdopodobnie to właśnie zaniechanie procesu planowania jest główną przyczyną upadku większości małych i średnich biznesów.

Niestety, sam fakt opracowania planu nie gwarantuje powodzenia. Co gorsza, sporządzenie planu może wygenerować u jego autora nadmierny optymizm, złudzenie zrozumienia i kilka innych błędów poznawczych. Jednym z najbardziej bolesnych jest właśnie złudzenie planowania. Termin ten został wprowadzony do literatury psychologicznej w 1979 roku przez izraelskich naukowców, Daniela Kahnemana i Amosa Tversky’ego. W opublikowanym Continue reading

Złudzenie zrozumienia. Najczęstsze błędy poznawcze w biznesie (część 1)

Złudzenie zrozumienia

“Złudzenie, że rozumiesz przeszłość, wywołuje z kolei złudzenie, że da się przewidzieć i kontrolować przyszłość.” – Daniel Kahneman, Pułapki myślenia (1)

Przedsiębiorcy najczęściej spotykają się z tym złudzeniem, oczywiście zupełnie nieświadomie, w czasie czytania poradników biznesowych. Ich główny przekaz najczęściej brzmi tak: konkretne działania niosą ze sobą konkretne, przewidywalne skutki, więc jeśli zastosujesz się do wskazanych porad, odniesiesz sukces – w przeciwnym razie czeka się pewna porażka.

Mamy tu do czynienia z dwiema przesłankami. Jedna z nich to przeświadczenie, że świat działa na zasadzie przyczynowo-skutkowej, a więc ci, co znają przyczyny, mogą w jakiś sposób zaplanować skutki. Druga mówi o tym, że z definicji wierzymy w sprawiedliwy świat, czyli taki, w którym dobre zachowania prowadzą do dobrych rezultatów i sukcesu, a złe niechybnie będą ukarane lub doprowadzą do kryzysu.

Niestety, zasady te są prawdziwe tylko do pewnego stopnia, Continue reading